Archiwa blogu

Oto najlepsze miejsca pracy na świecie

Great Place to Work ogłosił po raz czwarty listę Najlepszych Międzynarodowych Miejsc Pracy na świecie. Trzy pierwsze miejsca zajmują firmy z sektora IT: Google, SAS Institute i NetApp. Te same firmy i dokładnie w tej samej kolejności otwierały także ubiegłoroczną listę TOP 25 na świecie. Potwierdza to wnioski płynące z analiz prowadzonych przez Great Place to Work: najlepsi stają się wciąż jeszcze lepsi.

 

I tym razem, podobnie jak to miało miejsce przy ogłoszeniu listy europejskiej, dostrzeżone zostały świetne wyniki Polski, która zanotowała najwyższy, bo aż 18 procentowy wzrost wskaźnika Trust Index, obrazującego kluczowy dla finalnej oceny organizacji poziom zaufania pracowników do firmy.

 

Tegoroczną listę Top 25 na świecie, zdominowały firmy z sektora IT – stanowiły 36% laureatów. Drugą silnie reprezentowaną branżą była produkcja i wytwarzanie (28%). Usługi finansowe oraz sektor hotele i restauracje wprowadziły na listę po 3 firmy, co przekłada się na 12 procentowy udział każdej z tych branż. W tym roku na liście najlepszych z najlepszych nie pojawiła się natomiast żadna firma z sektora farmaceutycznego.

Lp. Firma Sektor
1. Google Technologie informatyczne
2. SAS Institute Technologie informatyczne
3. NetApp Technologie informatyczne
4. W.L. Gore & Associates Wytwarzanie i produkcja
5. Belcorp Handel detaliczny
6. Microsoft Technologie informatyczne
7. Marriott Hotele i restauracje
8. Monsanto Wytwarzanie i produkcja
9. Cisco Technologie informatyczne
10. American Express Usługi finansowe i ubezpieczenia
11. Scotiabank Usługi finansowe i ubezpieczenia
12. S.C. Johnson Wytwarzanie i produkcja
13. Autodesk Technologie informatyczne
14. Telefonica Telekomunikacja
15. National Instruments Wytwarzanie i produkcja
16. Fedex Corporation Transport
17. Atento Technologie informatyczne
18. EMC Technologie informatyczne
19. Daimler Usługi finansowe i ubezpieczenia
20. Diageo Wytwarzanie i produkcja
21. Hyatt Hotele i restauracje
22. Mars Wytwarzanie i produkcja
23. Accor Hotele i restauracje
24. eBay Technologie informatyczne
25. The Coca-Cola Company Wytwarzanie i produkcja

25 Najlepszych Miejsc Pracy na świecie wybieranych jest spośród ponad 6 200 firm – laureatów konkursu Great Place to Work w około 50 krajach, w których działa Instytut. Razem firmy te zatrudniają ponad 11,5 miliona pracowników, co czyni coroczne badanie Great Place to Work największym tego typu badaniem na świecie.

 

Stworzyć wspaniałe miejsce pracy w skali kraju i uzyskać miejsce na krajowej liście Najlepszych Miejsc Pracy to dla każdej firmy duże osiągnięcie. Trafić do światowej czołówki 25 najlepszych z najlepszych oznacza sprostać znacznie większemu wyzwaniu. Światową listę TOP 25 tworzą firmy, którym udało się zakwalifikować na listę Najlepszych Miejsc Pracy w co najmniej 5 krajach, zatrudniają na świecie ponad 5 tysięcy pracowników, z których co najmniej 40% pracuje poza krajem, w którym firma ma siedzibę główną.

 

Tegorocznym zwycięzcą pod względem wprowadzenia największej liczby firm na Listę TOP 25 jest Meksyk: aż 20 firm znalazło się na liście m.in. dzięki wynikom ich meksykańskich oddziałów. Dobrym wynikiem może się także pochwalić Brazylia (13 firm na liście) oraz Indie, Niemcy, Ameryka Środkowa, USA, Hiszpania i Wielka Brytania – każdy z tych krajów, w tym Ameryka Środkowa jako cały region, reprezentowany jest na Liście przez 12 firm. Polsce, dzięki wynikom rodzimych oddziałów, udało się przyczynić do sukcesu 6 międzynarodowych firm. Są to SAS Institute, Microsoft, S.C. Johnson, EMC, Daimler, Mars.

 

 

Badania jakości miejsc pracy prowadzone są przez Instytut Great Place to Work od ponad 25 lat w blisko 50 krajach na świecie. Badanie składa się z dwóch modułów: audytu kultury organizacji (Culture Audit) oraz ankiety pracowniczej (wskaźnik zaufania w firmie, Trust Index). O pozycji danej firmy na Liście decyduje łączna ocena obu aspektów, ale wyniki ankiety pracowniczej stanowią aż 2/3 końcowej oceny. Kluczowy dla badania Great Place to Work Trust Index wyliczany jest na podstawie odpowiedzi pracowników na 58 pytań.

 

Źródło: Informacja prasowa

Co zrobić, aby dane w chmurze były chronione?

W firmach, gdzie funkcjonują działy IT coraz częściej wprowadzane jest zarządzanie i przetwarzanie danych w chmurze. Także zwykli konsumenci na co dzień korzystają z usług cloud computing, chociaż często nie są tego świadomi. Czy jednak dane przechowywane w chmurze są wystarczająco chronione?

Podejmując decyzję o korzystaniu z cloud computing firmy chcą usprawnić u siebie procesy przetwarzania i zarządzania danymi w taki sposób, aby działy IT mogły jak najszybciej reagować i niwelować wszelkie zagrożenia związane z przeciążeniem serwerów i tym samym maksymalnie skrócić czas oczekiwania pracowników firmy na ponowne korzystanie z urządzeń. Takie rozwiązanie umożliwia firmie skuteczniejsze działanie, co przekłada się wyższe zarobki i nie pozostawanie w tyle za konkurencją. Decyzja o przetwarzaniu i zarządzaniu danymi w chmurze jest świadomie podejmowana przez zarządzającymi firmami, jednak warto wiedzieć, że niesie to za sobą również pewne zagrożenia. Przy tym rozwiązaniu dane firmy zamieszczane są bowiem na serwerach, które są udostępnione online. Wobec tego jednym z ważniejszych czynników, który powinien mieć wpływ na podjęcie tej decyzji jest zaufanie.

Piotr Kupczyk z Kaspersky Lab Polska tłumaczy, aby przed wyborem usług cloud computing dokładnie przyjrzeć się wszystkim usługodawcom i wybrać tego, który ma renomę na rynku i może zaoferować czas na analizę tego, jakie dane powinny trafić do chmury, a jakie lepiej będzie przechowywać lokalnie. Wyjaśnia też, że nie wszystkie dane powinny być transferowane do chmury, zwłaszcza jeżeli nie jest uzasadnione korzyściami dla płynności działalności gospodarczej.

W kwestii bezpieczeństwa danych znajdujących się w chmurze zdania są podzielone. Zwolennicy tego rozwiązania są zdania, że największe firmy oferujące tą usługę, takie jak Microsoft, Google, Amazon Web czy VMWare posiadają w swoich szeregach najlepiej najlepszych specjalistów IT, a także przeznaczają duże pieniądze na zagwarantowanie bezpieczeństwa danych znajdujących się w chmurze.

Krzysztof Urban, dyrektor zarządzający w firmie mytaxi, która na co dzień korzysta z rozwiązań cloud computing, zwraca jednak uwagę na to, że tak naprawdę nad siecią nikt nie ma pełnej kontroli, a dane przechowywane w chmurze nigdy nie będą lepiej chronione od tych znajdujących się na naszym prywatnym, realnym dysku. Należy pamiętać, że dane przekazywane do chmury znajdują się w rzeczywistych centrach danych, a to oznacza, że funkcjonują też w różnych systemach prawnych i podlegają lokalnej jurysdykcji. Warto zatem zapoznać się z zapisami prawnymi panującymi w kraju, gdzie przetrzymywane są nasze dane. Fizyczność danych jest również zagrożeniem ze strony osób niepowołanych, dlatego wybierając firmę, która będzie zarządzała naszymi danymi warto zwrócić uwagę nie tylko na zabezpieczenia sieciowe, ale też fizyczne. Dane mogą zostać utracone także w wyniku awarii urządzeń, dlatego należy sprawdzić, czy są one przechowywane na kopiach bezpieczeństwa.

Z kolei konsument korzystający z usługi cloud computing z pewnością powinien zadbać o silne hasło pozwalające mu na wejście do chmury, a także, aby nie było ono takie samo jak te wykorzystywane do innych usług online. Bezpieczeństwo naszych danych zależy również od właściwego szyfrowania. Warto upewnić się, że usługodawca zapewnia szyfrowanie procesu logowania (SSL), a także najważniejsze certyfikaty bezpieczeństwa (VPN).

Joanna Walerowicz

mojszmal.pl

Wysokości wynagrodzeń menedżerów spółek z udziałem Skarbu Państwa będą jawne

Ministerstwo Skarbu Państwa przygotowało założenia do nowej ustawy o nadzorze i uprawnieniach. Proponowane przepisy dotyczą członków zarządów i rad nadzorczych spółek, w których ponad 50 procentowy udział należy do Skarbu Państwa.

Treść projektu jest rewolucyjna. Jego założenia określają bowiem brak ograniczeń w wysokości zarobków. Obecnie menedżer takiej spółki może zarabiać miesięcznie nawet 24 tys. zł. Z tego powodu wiele spółek omija te zapisy zawierając umowy cywilnoprawne.

Szczegółowy katalog podmiotów objętych nowymi przepisami zostanie wydany w oddzielnym rozporządzeniu. Nie ma jeszcze jednoznacznej decyzji, czy menedżerowie będą zatrudniani na podstawie umowy o pracę, czy umów cywilnoprawnych. Resort skarbu państwa jeszcze nie wydał oświadczenia w tej sprawie. Potwierdza jednak, że projekt nowych założeń trafił już do Rządowego Centrum Legislacji.

W swoich założeniach MSP zawarło również propozycję obniżenia wysokości odpraw. Według nowej procedury będą one przysługiwać tylko tym, którzy przejdą na emeryturę lub rentę lub miejsce pracy zostanie zlikwidowane.

W projekcie znalazł się również zapis o jawności informacji dotyczących wysokości płacy członków rad nadzorczych i zarządów oraz o tworzeniu regulaminów wynagradzania w spółkach. Te informacje wraz ze stosownymi dokumentami źródłowymi byłby ujawniane w Biuletynie Informacji Publicznej. Resort chce także zmian w ustawie o ograniczaniu prowadzenia działalności gospodarczej przez osoby pełniące funkcje publiczne. Chodzi głównie o objęcie przepisami o obowiązku składania oświadczeń majątkowych osób będących w spółkach prezesami, wiceprezesami i członkami zarządu.

Według niektórych ekspertów i menedżerów tzw. „ustawa kominowa” potrzebuje zmian i popierają oni prorynkowość oraz jawność rozwiązań, jednak są oni przeciwni publicznemu informowaniu o wysokości zarobków menedżerów.

Joanna Walerowicz

mojszmal.pl

Przywileje podatkowe tylko dla największych przedsiębiorstw?

Ministerstwo Finansów chce nagradzać skrupulatne przedsiębiorstwa dodatkowymi przywilejami. Chodzi jednak o firmy, które zatrudniają kilkaset pracowników. W ocenie niektórych ekspertów takie działanie sugeruje dyskryminację mniejszych podmiotów.

Ministerstwo Finansów jest w końcowej fazie prac nad projektem ustawy o administracji podatkowej, w której zakłada wdrożenie instytucji autoryzowanego podatnika. Uzyskanie takiego statusu oznaczałoby dla przedsiębiorcy jednoczesne otrzymanie wielu przywilejów. Mógłby on liczyć na wstrzymanie realizacji decyzji do chwili uprawomocnienia się orzeczenia sądu administracyjnego, szybsze odzyskanie podatku lub nadpłaty czy skrócenie czasu przeprowadzania kontroli. Nowe regulacje w pierwszej kolejności miałyby obejmować największe firmy, np. podmiotów zatrudniających co najmniej 1000 osób i płacących 10 mln zł podatku lub mniejszych firm zatrudniających 100 pracowników i płacących 2 mln zł daniny. Wszystkich podatników mają dotyczyć wyłącznie zmiany w oprocentowaniu odsetek.

Z podobnymi propozycjami wystąpiło Ministerstwo Gospodarki, które w upublicznionych w ubiegłym tygodniu rekomendacji do projektu ordynacji podatkowej przedstawiło koncepcje karty rzetelnego podatnika. Urząd skarbowy jej posiadaczowi miałby zwracać na czas podatek VAT i nie przeprowadzać u niego kontroli z wyjątkiem doraźnych. Taki podatnik mógłby też załatwiać sprawy w terminie umówionym z urzędem.

Za pakiet takich przywilejów uczciwy przedsiębiorca musiałby w zamian udostępnić fiskusowi stały wgląd do ksiąg podatkowych i dowodów księgowych w postaci elektronicznej. Problem jednak jest taki, że ta propozycja resortu gospodarki jest przeznaczona głównie do większych podatników.

Takie rozwiązanie wzbudza wątpliwości ekspertów.

Monika Ławnicka, doradca podatkowy i menedżer w Accreo mówi, że najwięcej tych wątpliwości dotyczy zawężenia grupy przedsiębiorstw posiadających możliwość ubiegania się o taki status do dużych firm, zatrudniających dużą liczbę pracowników i odprowadzających wysokie kwoty podatku, czyli wypracowujących spore dochody. Według niej wprowadzenie takich kryteriów może być dyskryminujące zwłaszcza względem małych, lecz solidnych podatników.

Według Mariusza Korzeba, doradcy podatkowego i eksperta Pracodawców RP, jeśli ustawodawca chce budować zaufanie obywatela do państwa, to nie powinien dzielić przedsiębiorców na dużych i małych. Dodaje też, że w tej sprawie powinny zostać wzięte pod uwagę zasady demokratycznego państwa określone w Konstytucji, a zwłaszcza zasada równości wobec prawa.

Jednocześnie eksperci podatkowi podkreślają, że z ostateczną oceną należy poczekać, aż resort finansów upubliczni szczegóły swoich propozycji.

Joanna Walerowicz

mojszmal.pl

Giełda zaostrza wymagania dla małych i średnich spółek

Sektor małych i średnich firm jest daleko w tyle w porównaniu ze średnią europejską w kwestii udziału akcji i papierów dłużnych w ich finansowaniu. W zeszłym roku w Unii Europejskiej emisje obligacji odpowiadały za 2 proc. pieniędzy uzyskanych przez małe i średnie spółki, przy czym w Polsce było to zaledwie 0,5 proc. Emisje akcji posiadały 2,4 procentowy udział w finansowaniu tej grupy podmiotów. W całej Unii Europejskiej było to natomiast 5,4 proc. Nadal formami finansowania, które cieszą się największym zainteresowaniem są kredyty handlowe i bankowe, debety na rachunku i leasing.

Były członek giełdy i aktualny prezes firmy BTFG Adam Ruciński tłumaczy, że takie działanie ma miejsce, ponieważ rynek kapitałowy jest regulowany przez wiele przepisów, których celem jest ochrona niedużych inwestorów. Wiele niedużych spółek nie może sprostać tym regulacjom. Na przykład nawet, aby wejść na rynek przeznaczony dla małych spółek trzeba mieć określony kapitał, a notowanie na tym rynku wiąże się z obowiązkiem ponoszenia comiesięcznych kosztów wynoszących kilka lub nawet kilkanaście tysięcy złotych.

Notowanie na parkiecie giełdowym wiąże się również ze spełnianiem określonych obowiązków informacyjnych. Co się zaś tyczy start-upów, czyli przedsiębiorstw dopiero debiutujących na rynku, decyzje zmieniane są szybciej niż w dłużej działającej i istniejącej na rynku firmie. W takich sytuacjach zarząd każdorazowo musi tłumaczyć się ze swoich decyzji inwestorom posiadającym pakiety akcji, co dodatkowo komplikuje sprawę,

Zdaniem Rucińskiego dopiero, gdy prowadzi się biznes na większą skalę, bycie spółką publiczną ma sens. Inwestorzy też nie chcą być akcjonariuszami początkujących, małych i innowacyjnych przedsiębiorstw. Takie młode spółki często nie mogą rozwinąć działalności i szybko upadają. O ile wyspecjalizowani inwestorzy instytucjonalni mogą sobie pozwolić na takie ryzykowne inwestycje, o tyle inwestorzy indywidualni nie godzą się na to.

Od 2013 r. na rynku NewConnect wzrosła liczba wymogów m.in. dotyczących wysokości kapitału własnego spółek wchodzących na tą giełdę, a także obowiązki informacyjne. Od września takie zmiany zaczęły obowiązywać na rynku papierów dłużnych.

Zmiana polityki na bardziej zaostrzoną i zwiększone wymogi dla debiutantów już mają wpływ na NewConnect, gdzie w bieżącym roku liczba debiutów zmalała do 18. W zeszłym roku o tej samej porze na rynku było już 36 nowych podmiotów. Warto zwrócić uwagę, że wielu inwestorów kupujących akcje lub obligacje spółek w następnej kolejności wymaga notowania papierów na regulowanej lub alternatywnej giełdzie.

W opinii zdecydowanej większości ekspertów z rynku finansowego zaostrzone wymagania mogą wielu spółkom utrudnić lub całkowicie odciąć dostęp do kapitału, ale na obecnym etapie są niezbędne, ponieważ mają zapewnić poprawienie jakości tego rynku.

Joanna Walerowicz

mojszmal.pl

Rusza kampania społeczna KREDYTOBRANIE 2.0. Dobre praktyki konsumenta

Legislatorzy – polski i europejski – podejmują mnóstwo inicjatyw, zmierzających do podniesienia poziomu ochrony praw konsumenta i kredytobiorcy, kierując się słusznymi celami społecznymi. Planują doprowadzić do ograniczenia nadmiernego zadłużenia, przeciwdziałania zjawisku niewypłacalności. Czy wystarczy to do osiągnięcia tak opisanych celów wyłącznie poprzez zwiększanie obowiązków prawnych po stronie przedsiębiorców?

 

Czy cele te zrealizuje wyłącznie wymuszanie na firmach odpowiedniego do oczekiwań legislatorów poziomu realizacji zasady odpowiedzialnego kredytowania? Na pewno potrzeba także wzmocnienia kompetencji etycznych i finansowych po stronie kredytobiorcy. Dlatego Konferencja Przedsiębiorstw Finansowych rozpoczyna kampanię edukacyjną skierowaną do kredytobiorców – KREDYTOBRANIE 2.0. Dobre praktyki konsumenta.

 

ERA KONSUMENTA I ODPOWIEDZIALNOŚĆ BIZNESU 

 

Kryzys finansowy z całą bezwzględnością unaocznił, jak ważne jest monitorowanie praktyk biznesowych rynku finansowego, by uniknąć powtórki z kryzysowych doświadczeń. Odpowiedzią na wnioski z analizy przyczyn kryzysu jest poszerzanie zakresu regulacji działalności uczestników rynku finansowego, zintegrowanie nadzoru nad europejskim rynkiem finansowym.

 

Temu zjawisku towarzyszy  zwiększenie zakresu ochrony praw konsumenta, co stało się głównym celem polityki konsumenckiej w Europie. Tej tendencji podporządkowany jest też polski proces legislacyjny, silnie wzmacniając pozycję konsumenta w relacji do biznesu. Na rynku kredytowym oznacza to istotne zwiększenie zakresu obowiązków kredytodawców, skomplikowanie procesu operacyjnego, zwiększenie nakładów na compliance. Wszystko po to, by wymusić zmiany w podejściu do realizacji w praktyce rynkowej zasady odpowiedzialnego kredytowania; ergo, by, skutecznie przeciwdziałać nadmiernemu zadłużeniu konsumentów, zjawisku niewypłacalności, ale też pośrednio powinno się przyczyniać do  skutecznej ochrony praw kredytobiorców w procesie windykacji i egzekucji należności.  – Wydaje się, że obowiązki kredytodawców kredytu konsumenckiego odnoszące się do zasady odpowiedzialnego kredytowania nigdy wcześniej nie były tak liczne,  interpretacja przepisów w tym zakresie nigdy nie rodziła tak wielu wątpliwości, a ich niewykonywanie nie było zagrożone tak dolegliwymi karami – ocenia Andrzej Roter, Dyrektor Generalny KPF.  

 

DRUGA STRONA MEDALU

 

Czy wystarczy maksimum odpowiedzialności po stronie kredytodawców, by efektywnie na rynku kredytowym zrealizować słuszne cele ochrony praw konsumentów? Dane uzyskane w badaniach, przeprowadzonych w III kwartale 2014 roku przez Instytut Rozwoju Gospodarczego SGH i KPF, na reprezentatywnej grupie gospodarstw domowych, powinny być wzięte pod uwagę odpowiadając na tak postawione pytanie. Raport zawiera między innymi odpowiedź na pytanie specjalne, które brzmiało: Istnieje pewna grupa gospodarstw domowych w Polsce, mających problemy z terminową obsługą zobowiązań kredytowych. Jaka jest w Państwa opinii główna przyczyna tych problemów. Identyczne  zadano w roku 2008, czyli jeszcze przed wybuchem kryzysu. Struktura odpowiedzi wykazuje, że w percepcji gospodarstw domowych najistotniejszą przyczyną nie są wypadki losowe, powszechnie uznawane za pierwszorzędne. Te znajdują się dopiero na drugim miejscu. Najważniejszą przyczyną nieterminowej obsługi kredytu w opinii samych konsumentów jest  lekkomyślne zaciąganie zobowiązań, brak właściwego planowania wydatków i dochodów, co pociąga za sobą zaciąganie przez gospodarstwa domowe zobowiązań kredytowych na granicy wydolności ich własnych budżetów domowych.

6186268a67b65b

 

Interesujące, że ocena skłonności do zaciągania zobowiązań kredytowych lekkomyślnie, na granicy zdolności własnego budżetu jest tym wyższa, im młodszy i lepiej wykształcony respondent. Najstarsze grupy wiekowe i najgorzej wykształceni, w porównaniu do grup młodszych i lepiej wykształconych, ok. 2 razy rzadziej uznają, że skłonność taka występuje. Ponadto najsilniej jest deklarowana opinia o występowaniu takiej postawy w przypadku mieszkańców dużych miast. Warto zauważyć również, że osoby już zadłużone i mające duże problemy wskazują raczej na przyczyny losowe takiego stanu. Natomiast osoby bezproblemowo i z małymi problemami obsługujące zobowiązania twierdzą, że w większym lub decydującym stopniu przyczyna leży w lekkomyślnej, nieodpowiedniej zatem postawie wobec zaciągania zobowiązań. – Nie wystarczy odpowiedzialność po stronie biznesu, by zapewnić skuteczną realizację takich celów, jak przeciwdziałanie nadmiernemu zadłużeniu albo niewypłacalności. Istnieje potrzeba  większej odpowiedzialności, wzmocnienia kompetencji etycznych po stronie kredytobiorców. Korzyści z tego osiągną wszyscy konsumenci, także ci chrakteryzujący się właściwymi postawami i rzetelnym podejściem do zaciągania zobowiązań, bowiem stworzona zostanie przestrzeń do zwiększonej konkurencji.  – komentuje Andrzej Roter, Dyrektor Generalny KPF.

 

KREDYTOBRANIE 2.0 CZAS ZACZĄĆ

 

Wbrew obiegowym opiniom, choćby ze względu na koszty nieregularnych należności w swoich portfelach, generowanych tylko przez kredytobiorców, którzy już w momencie zaciągania zobowiązań mają świadomość, iż nie będą mogli ich spłacić, kredytodawcy chcą mieć do czynienia z odpowiedzialnym partnerem. I to właśnie  cel inicjowanej przez KPF kampanii społecznej KREDYTOBRANIE 2.0. DOBRE PRAKTYKI KONSUMENTA. Jej narzędziem jest dokument o tej samej nazwie, którego treść jest  poddawana szerokim konsultacjom społecznym. Zawiera on katalog porad i komentarzy, w bardzo syntetyczny i przystępny sposób objaśniających, jakimi zasadami konsument powinien się kierować przy zaciąganiu zobowiązania kredytowego. To zaś pozwoli uniknąć konsekwencji związanych z nieostrożnym zaciąganiem kredytów. Dokument podkreśla potrzebę racjonalnego, rozważnego, ostrożnego, ale i etycznego podejścia do zaciągania kredytu. Trafił on do  wielu podmiotów, których zadaniem statutowym jest ochrona praw konsumentów, z apelem o włączenie się do kampanii. Do jego udostępniania swoim klientom-kredytobiorcom zapraszani są też przedsiębiorcy. – Podobnie jak Internet dojrzewał do interaktywności – poziomu Web 2.0 i momentu, w którym sami użytkownicy zaczęli tworzyć treść, chcielibyśmy, by to kredytobiorca stał się Kredytobiorcą 2.0, a przez to – dla kredytodawców pełnoprawnym, odpowiedzialnym partnerem, świadomym swych decyzji kredytowych. Proces otwartej, stałej konsultacji, w tym zaproszenie do niej kredytobiorców, ma zapewnić, że również oni aktywnie będą mogli wpływać na treść dokumentu KREDYTOBRANIE 2.0. Stąd nazwa kampanii KPF – wyjaśnia Paweł Rogalski, odpowiedzialny za realizację projektu. Treść poszczególnych zasad, między innymi poprzez konsultacje z interesariuszami rynku finansowego, w tym Komisją Etyki KPF i samymi konsumentami, będzie sukcesywnie aktualizowana i uzupełniana.

 

– W praktyce Komisji Etyki KPF zauważamy, że początkiem wielu trudnych sytuacji na linii konsument – instytucja finansowa jest brak świadomości finansowej po stronie konsumenta oraz pewna jego lekkomyślność. Poprzez KREDYTOBRANIE 2.0 chcielibyśmy udostępnić konsumentom informacje na temat kluczowych zasad bezpieczeństwa postępowania na rynku finansowym oraz ośmielić ich do poszerzania wiedzy na ten temat – mówi Andrzej Mańkowski, przewodniczący KE.

 

Kampania wpisuje się w szereg działań o charakterze life long learning, rekomendowanych już w 2007 roku przez Komisję Europejską. Zakładają one, że edukacja finansowa ze względu na zmieniający się rynek usług finansowych, powinna być postrzegana jako proces ciągły, co umożliwia konsumentom podejmowanie świadomych decyzji, a pośredników motywuje do konstruowania inteligentnych i odpowiedzialnych produktów[1]. Z kolei OECD (Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju) przedstawiła rekomendacje zasad i dobrych praktyk w tym zakresie, które mogą stać się drogowskazem dla rozwiązań na szczeblu krajowym. Wśród nich znajdujemy m.in. zalecenie, by rządy i interesariusze promowali obiektywną i etyczną edukację finansową – powinna ona stać się dobrą praktyką w działalności instytucji finansowych, poprawiając ich wiarygodność. Do najistotniejszych rekomendacji należy ta, która wskazuje, że edukacja finansowa powinna się koncentrować w szczególności na aspektach związanych z finansami osobistymi, w tym z popadaniem w zadłużenie. – Tylko wtedy, gdy dobrze rozumiemy, z czym się wiąże zaciągnięcie kredytu, możemy bezpiecznie z niego korzystać z pożytkiem dla nas, nie narażając się przy tym na negatywne konsekwencje – mówi Krzysztof Grabowski, Doradca ds. Ładu Korporacyjnego KPF.

 

Realizując ostatni z postulatów OECD, KPF zaprasza organizacje konsumenckie, urzędy, ale również kredytodawców wszystkich sektorów rynku kredytu konsumenckiego i przede wszystkim kredytobiorców, KPF apeluje o zaangażowanie się w akcję KREDYTOBRANIE 2.0. – Zapraszamy do zaangażowania, do wyrażania opinii o aktualnej treści dokumentu KREDYTOBRANIE 2.0., a partnerów biznesowych do jego dystrybucji wśród konsumentów, kredytobiorców – dodaje Rogalski. Zebrane opinie pozwolą stworzyć  jeszcze lepszy dokument, wspierający kompetencje finansowe i etyczne kredytobiorców kredytu konsumenckiego w Polsce, który zostanie ogłoszony przez KPF i Partnerów Społecznych kampanii w trakcie konferencji prasowej 12 listopada.  

 

Źródło: KPF

 


[1] M. Iwanicz-Drozdowska, Edukacja i świadomość finansowa. Doświadczenia i perspektywy, Warszawa 2011.

Polscy eksporterzy ponoszą straty na Zachodzie

Polscy eksporterzy coraz częściej ponoszą straty nie tylko z tytułu utraconych rynków zbytu w wyniku embarga czy sanitarnych ograniczeń u naszych wschodnich sąsiadów. Chcąc to sobie zrekompensować kierują jeszcze większą część sprzedaży do innych państw, w tym na rynki unijne. Towarzyszy temu niestety ryzyko braku zapłaty. Krajami o najwyższym wskaźniku zaległości płatniczych wobec polskich eksporterów w 2014 roku są Czechy, Słowacja oraz Niemcy i Francja.

 

Ilość zleceń na odzyskanie należności od zagranicznych odbiorców polskiego eksportu jest w zasadzie powiązana z dynamiką jego wzrostu: dwucyfrowe, kilkunastoprocentowe zwiększenie eksportu w pierwszym i drugim kwartale oznaczało nawet dwukrotnie większy, bo ponad 35% wzrost ilości kierowanych do nas zleceń windykacji zagranicznej w porównaniu do I kwartału ubiegłego roku – stwierdza Maciej Harczuk, prezes Euler Hermes Collections. Zmniejszenie dynamiki wzrostu eksportu do kilku procent w III kwartale wciąż oznaczało dwukrotnie wyższy, bo blisko 15% wzrost ilości (ale w nie mniejszym stopniu także wartości) zleceń odzyskania pieniędzy od zagranicznych dłużników.

 

Kto nie płaci polskim odbiorcom?

Ilość (ale też analogicznie wartość) zleceń w windykacji zagranicznej wskazuje, iż największymi dłużnikami polskich przedsiębiorstw są firmy z krajów unijnych. Ryzyko braku zapłaty, o jakim możemy mówić na podstawie kierowanych do Euler Hermes zleceń nie rośnie jednolicie.

clip_image002 

 Nie rośnie także wprost proporcjonalnie do wartości eksportu do danego kraju. Wartość zleceń odzyskania należności od odbiorców z krajów unijnych jest wyższa niż ich procentowy udział w polskim eksporcie (do UE trafiło 76% polskiego eksportu w okresie I-VII 2014 – za GUS) – w portfelu Euler Hermes zlecenia w stosunku do firm z Unii Europejskiej stanowią około 90% zleceń windykacji zagranicznej.

Problemy z odzyskaniem należności na poszczególnych rynkach nie mają charakteru strukturalnego, branżowego ale nadal finansowy. Nadal wiele firm niezależnie od kraju i sektora ma problemy z finansowaniem swojej działalności. Stąd zróżnicowanie zleceń windykacji eksportowej w podziale na branże jest bardzo duże.

 

Do krajów o najwyższym wskaźniku zaległości płatniczych wobec polskich eksporterów w 2014 roku należą Czechy i Słowacja, gdzie już blisko 25% faktur ma znamiona opóźnienia powyżej 4 miesięcy. Mimo, iż Słowacja jest rynkiem docelowym (w omawianym okresie 2,5% polskiego eksportu – za GUS), to wśród zleceń windykacji zagranicznej Euler Hermes, aż trzykrotnie więcej, bo 7,7% dotyczyło dłużników z tego kraju. W obydwu tych krajach Euler Hermes pomagał polskim firmom odzyskać należności najczęściej w sektorach: transportowym, spożywczym, artykułów przemysłowych (stal) oraz tekstylnym.

Większy także niż procentowy udział eksportu do Włoch (4,6%) jest odsetek zleceń windykowanych przez Euler Hermes od odbiorców z tego kraju – prawie 7%. Recesja w dwóch poprzednich latach we Włoszech i minimalny wzrost, obecnie spotęgowały zatory płatnicze. Średni okres przeterminowania płatności, np. w sektorze żywnościowym czy tekstylnym jest dwukrotnie dłuższy niż w Polsce. Statystyki wyglądają niekorzystnie również dla włoskiego budownictwa i sektora usług dla ludności.

Jeszcze większą dysproporcję w strukturze polskiego eksportu – dużo większy odsetek zleceń windykacyjnych od polskich firm – Euler Hermes odnotowuje na odbiorców z Francji. Francuskie firmy są dłużnikami w przypadku 18% zleceń windykacyjnych, podczas gdy odbierają trzykrotnie mniej, bo niecałe 6% polskiego eksportu. Na rynku francuskim bieżący rok jest szczególnie niekorzystny dla dostawców z branży meblowej, żywności oraz motoryzacyjnej. W sąsiednim kraju – Belgii również nie jest dużo lepiej pod względem płatności na rzecz polskich dostawców – aż 4,4% zleceń windykacyjnych. Najczęściej odzyskiwanymi tam należności są te z tytułu eksportu mebli i elektroniki a także usług transportowych.

Pozostając przy największych rynkach na usługi odzyskania należności z zagranicy wspomnieć trzeba o Niemczech. Pomimo, iż moralność płatnicza firm niemieckich jest dobra na tle tych z innych krajów, a odsetek zleceń windykacyjnych (21,3%) jest niższy niż udział tego kraju w strukturze polskiego eksportu (25,8%), to w niektórych branżach np. transporcie, elektromaszynowej, poligraficznej czy informatycznej obserwujemy średnio dłuższy okres spłaty zobowiązań. Stąd też najwięcej zleceń windykacyjnych kieruje do Euler Hermes polski transport, ale także firmy z branż: chemicznej oraz dóbr konsumenckich: żywność, elektronika, AGD.

 

Konieczna jest zmiana myślenia i większa ostrożność

Domeną wielu polskich firm, chcących poprawić swoją sytuację biznesową poprzez eksport, jest to, że skupiają się przede wszystkim tylko na sprzedaży towarów, a nie na spływie należności. Wzrost ilości zleceń odzyskania należności od dłużników z krajów unijnych, na pewno wynika w pierwszej kolejności z mniejszej ostrożności, dbałości o weryfikację kontrahentów, a następnie o dokumentację towarzyszącą kontraktom i dostawom za granicę. Otwarcie granic nie oznacza bowiem zniesienia także wymogów formalnych, towarzyszących dokumentowaniu sprzedaży. Chociaż nie bez znaczenia są czysto ekonomiczne czynniki – kondycja danych odbiorców, branż czy gospodarek.

Z pewnością pewne spowolnienie tempa odradzania się europejskiej gospodarki w pierwszym półroczu 2014 roku skłaniało odbiorców z tych krajów do częstszego wstrzymywania zapłaty. Działał tutaj (i działa w obliczu wzajemnych sankcji w wymianie handlowej ze Wschodem) efekt czysto psychologiczny – przedsiębiorcy słysząc o pewnym spowolnieniu na rynku wewnętrznym, a następnie o potencjalnych stratach związanych z konfliktem na Ukrainie chcieli jak najwcześniej się do tego przygotować, zatrzymać jak największą część należności w swojej firmie – uważa Tomasz Starus, Członek Zarządu w Towarzystwie Ubezpieczeń Euler Hermes, nadzorujący pion oceny ryzyka.

Z analiz windykatorów Euler Hermes wynika, że wielu dłużników polskich firm nie płaci na czas, nie dlatego że nie może, ale po prostu nie chce. Z kolei polscy eksporterzy chcą (i słusznie zresztą) wyprzedzić innych, zdobyć większy udział na pozostałych rynkach, aby w ten sposób zrekompensować sobie ograniczenia eksportowe. Niestety obecnie ostrożność w doborze kontrahentów jest jeszcze bardziej wskazana – nadprodukcja żywności w całej Unii Europejskiej, presja na jej sprzedaż i niskie ceny skłaniają odbiorców do szukania nowych dostawców, częstej ich zmiany bez uregulowania należności wobec dotychczasowych partnerów.

Fakt, iż dłużnicy częściej obecnie zalegają z zapłatą polskim dostawcom, a jednocześnie dość dobrze współpracują gdy dojdzie do windykacji świadczy o tym, iż w dużej części przypadków jest to efekt postępowania polskich eksporterów, ich nieświadomego (mniej dokładne monitorowanie kontrahentów, zmniejszenie skrupulatności w obiegu dokumentów) lub świadomego tolerowania takich sytuacji. Świadomego, ponieważ stopniowo wydłuża się średnie przeterminowanie z jakim trafiają do Euler Hermes zlecenia windykacyjne. Jest to niebezpieczne, ponieważ trudno naprawdę w tej chwili wskazać konkretne branże, które przeżywają kryzys i w związku z tym dostawcy są w nich bardziej ostrożni. Utrudnia to właściwą ocenę sytuacji i unikanie ryzykownych transakcji, dodatkowo pogłębiane rozluźnieniem procedur przez polskich eksporterów w imię zwiększenia obrotów. Jest to o tyle niebezpieczne, że transakcje eksportowe są z reguły realizowane na większe kwoty niż w obrocie krajowym. Większy wolumen transakcji wynika zarówno z kosztów transportu, jak i konkurencyjności polskich wyrobów (cenowej) na rynkach zagranicznych. Średnia wartość zlecenia windykacyjnego na dłużnika z zagranicy jest ponad trzykrotnie wyższa w stosunku do zlecenia windykacyjnego na dłużnika w obrocie krajowym (i wynosi obecnie średnio ponad 70 tys. złotych).

 

Niemiecka moralność a wschodnie procedury

Sprzedaż do krajów Europy Wschodniej zawsze traktowana była jako ta z kategorii wyższego ryzyka – tak więc zaniedbania dotyczące sprawdzania kontrahentów, czy dokumentowania transakcji chociaż również występowały, to były rzadsze. Błędy te wynikały ze słabej znajomości lokalnych procedur (np. wymóg w określonych dokumentach stosowania okrągłej, a nie prostokątnej pieczęci firmowej) a także niestety – towarzyszącej im korupcji. Poza sektorem rolno-spożywczym sprzedaż na rynki wschodnie prowadzona była w sposób jeśli nie zachowawczy, to raczej przewidywalny. W odróżnieniu od eksportu na rynki unijne (bezpośredni eksport prowadzą nawet najmniejsze polskie przedsiębiorstwa), na rynki wschodnie sprzedawały nie tylko w większości firmy duże, ale także dostarczające wyroby do sprawdzonych, stałych odbiorców, często za pośrednictwem swoich nie tylko oddziałów, ale firm działających na lokalnym rynku. Stąd na tych rynkach straty są rzadsze, chociaż jeśli do nich dochodzi – wartość tych zleceń jest z reguły znaczna. Należności z Ukrainy i Rosji odzyskuje się trudno. Dotyczy to głównie działań sądowych ze względu na niską skuteczność komorników w tych krajach (korupcja, ale też niewystarczające wsparcie organów państwowych).

Zdecydowanie jednym z najlepszych płatników na tle innych państw pozostają Niemcy. Eksporterzy świadomie wybierają ten rynek z uwagi na wysoką moralność płatniczą. Należy jednak podkreślić, że w porównaniu z rokiem 2012 termin regulowania należności przez niemieckim kontrahentów – wydłużył się i w niektórych branżach, np. informatycznej, sięga nawet 70 dni. Słabą moralnością płatniczą wykazują się też firmy działające w dziedzinach przemysłu budowy maszyn i drukarskiego – podkreśla Agnieszka Sztyber, Dyrektor Działu Windykacji Międzynarodowej w Euler Hermes.

W 2014 roku polskim przedsiębiorcom gorzej współpracuje się także z firmami z Wielkiej Brytanii. Znacząco wzrosła liczba przeterminowanych płatności powyżej 90 dni ze strony odbiorców na Wyspach. Dotyczy to głównie transportu i handlu detalicznego.

W opinii ekspertów Euler Hermes w najbliższym czasie należy spodziewać się wzrostu zleceń windykacyjnych szczególnie na odbiorców z krajów Europy Środkowo-Wschodniej. W odniesieniu do 2012 roku, znacznie wzrosła wymiana handlowa z Czechami i Ukrainą co z pewnością wpłynie na zwiększenie ryzyka kredytowego i na ilość zleceń przekazywanych do windykacji. Z uwagi na spadek wzrostu gospodarczego, który odnotowuje Słowacja, zatory płatnicze zdecydowanie wzrosną również na tym rynku.

 

Wyłudzenia w eksporcie

W roku 2013 polscy eksporterzy stali się ofiarami największej od lat fali oszustw ze strony zagranicznych kontrahentów. Często mamy do czynienia z firmami, które z góry zostały powołane tylko po to aby wyłudzić towar podczas swojej krótkiej działalności. W bieżącym roku zauważyliśmy znaczący wzrost nierzetelnych odbiorców na terenie Wielkiej Brytanii i Francji (szczególnie w przemyśle mięsnym i meblowym). Często z powodu uśpionej ostrożności polskich przedsiębiorców oszustwo ma miejsce na samym końcu transakcji. Najczęściej jest to rezultatem zmiany punktu dostawy przez kogoś kto jest dobrze o niej poinformowany i który przejmuje towar.

Znane nam są również sytuacje, w których zamówienia złożył rzetelny kontrahent a nieuprawnione osoby poprzez stronę internetową prawie identyczną do oryginalnej strony odbiorcy, przejmują kontakt z eksporterem.

Dłużnicy wykorzystują wszelkie możliwe sposoby aby uniknąć lub opóźnić płatności. Na rynku włoskim odnotowujemy też coraz częstsze przypadki, gdy dłużnicy celowo składają wnioski o wszczęcie postępowania upadłościowego, aby chronić się przed wierzycielami, co pozwała im na opóźnienie realizacji płatności na rzecz polskich dostawców o kolejne 4-5 miesięcy.

 

Źródło: Euler Hermes

 

Usługi opieki nad osobami najstarszymi cieszę się coraz większym zainteresowaniem firm

Opieka nad osobami starszymi i niedołężnymi powoli wychodzi z szarej strefy. Firmy przejawiają jednak chęć zatrudniania specjalistów, których usługi będą cieszyć się coraz większą popularnością. Tutaj pojawia się zasadnicze pytanie. Kto i jak będzie opłacał te usługi?

Z szacunków wynika, że za 10 lat prawie 5,5 mln ludności naszego kraju będą stanowiły osoby w wieku ponad 70 lat, to o 40 proc. więcej niż aktualnie. To sprawia, że sektor opieki nad osobami starszymi zwraca uwagę wielu przedsiębiorców. Także tych największych, którzy posiadanie w swoim pakiecie usług opieki domowej i medycznej dla osób najstarszych traktują jako ważną inwestycję w przyszłość i rozbudowujący się rynek.

To, że do opieki nad najstarszymi coraz częściej kierujemy się po fachową pomoc, to skutek nie tylko zwiększającej się zamożności, zapracowania i odległości od rodziców, często pozostających w innym kraju czy mieście, ale przede wszystkim rosnącej świadomości jak takie usługi powinny wyglądać. Od specjalistycznej pomocy przy poruszaniu się czy odżywianiu po umiejętność udzielenia pierwszej pomocy. Podążamy szlakiem państw, które od lat zmagają się z problemem starzejącego się społeczeństwa.

Polaków odróżnia jednak to, że niechętnie oddają oni bliskich do domów opieki. Coraz większym zainteresowaniem cieszy się jednak opieka domowa. Zdaniem przedstawiciela firmy Promedica24, Michała Kisiela to nakaz kulturowy decyduje o tym, że opieka nad najstarszymi bliskimi powinna być sprawowana przez rodzinę. Niewypełnienie takiego obowiązku lub oddanie rodzica do domu opieki nawet o najlepszym standardzie może się bowiem wiązać ze społecznym i towarzyskim ostracyzmem. Często też jest tak, że to seniorzy nie godzą się na oddanie do domu opieki.

Prywatny rynek opieki o charakterze oficjalnym jest obecnie niewielką częścią szarej strefy, w której może pracować ok. 200 tys. osób. Zdaniem przedstawicieli branży tą sytuację mogłoby zmienić wprowadzenie czeków opiekuńczych, którymi regulowałoby się opłatę za usługi. Projekt ustawy, który zakładałby takie rozwiązanie jest tworzony przez grupę ekspertów pod kierownictwem m.in. senatora Mieczysława Augustyna. Jeszcze w październiku projekt będzie gotowy a w dalszym etapie trafi do kancelarii premiera oraz Ministerstwa Pracy.

Eksperci uważają, że nie zmienia to faktu, iż rynek zaczyna wychodzić z szarej strefy oraz nieoficjalnych płatności. Według nich ważne jest jednak aktywizowanie tej branży tak, aby nie została ona zamknięta w ograniczonym kręgu. Zwracają też uwagę, że konieczne jest skupienie się na problemach zdrowotnych osób starszych. Przewidywania demograficzne GUS wykazuje, że w Polsce jest ok. 250 lekarzy mających specjalizację z geriatrii i ok. 300 pielęgniarek z tą specjalizacją. Tymczasem na podstawie założeń polityki ludnościowej powinno być najmniej 800 lekarzy specjalizujących się w tym zakresie.

Joanna Walerowicz

mojszmal.pl

Interesy akcjonariuszy mniejszościowych będą bardziej chronione

W przygotowanej przez Ministerstwo Finansów nowelizacji do ustawy o ofercie publicznej trafiła propozycja zwiększenia ochrony akcjonariuszy dysponujących mniejszościowym pakietem udziałów w spółkach publicznych, które kwalifikują się do przejęcia. Dzisiaj rząd debatuje nad tą ustawą.

Proponowane zmiany dotyczą m.in. poprawy działania tzw. instytucji wezwania do zapisywania się na sprzedaż lub zamianę akcji podmiotów publicznych, a także mają zapewnić lepszą ochronę akcjonariuszy mniejszościowych tych spółek.

Zdaniem resortu finansów aktualne przepisy w zakresie wezwań nie są precyzyjne, ale w szczególności nie spełniają swojego celu. Umożliwiają one bowiem firmom przejmującym kontrolę nad spółkami publicznymi wypełnienie jedynie formalnych obowiązków odnoszących się do tej instytucji. W takich przypadkach pojawia się zagrożenie dla interesów akcjonariuszy mniejszościowych spółek będących przedmiotem przejęcia.

Projekt nowelizacji ustawy zakłada m.in. uregulowanie kwestii obliczania ceny w wezwaniu, w przypadku pośredniego zakupu akcji podmiotów publicznych. Zdaniem resortu finansów ta zmiana ma sprawić, że nie zostaną naruszone interesy inwestorów indywidualnych. Bardziej sprecyzowane mają też być kwestie dotyczące zmiany ceny ustalonej w wezwaniu, zmiany stosunku zamiany akcji spółek publicznych oraz inne sformułowanie treści wezwania dobrowolnego. W projekcie znalazły się również zagadnienia związane z terminami zgłaszania zapisów podczas przeprowadzanego wezwania.

Poprzez zmiany zamieszczone w projekcie Ministerstwo Finansów chce także przeciwdziałać i zmniejszyć liczbę nadużyć dotyczących obiegu informacji poufnych, informacji o stanie posiadania większościowych akcjonariuszy spółek publicznych oraz informacji o zmianach dokonywanych w akcjonariacie firm.

Dodatkowa nowa ustawa porusza także kwestię dematerializacji akcji. Jej regulacje mają wyeliminować różnice w zakresie przesłanek, które mają wpływ na to, że akcjonariusze mniejszościowi są zmuszeni do zbycia akcji w drodze przeprowadzenia przez akcjonariuszy znacznych przymusowego wykupu lub odstąpienia od dematerializacji akcji.

Joanna Walerowicz

mojszmal.pl

W Polsce powróciła fala upadłości firm produkcyjnych i handlowych

Euler Hermes, spółka z Grupy Allianz, na podstawie oficjalnych danych z Monitora Sądowego i Gospodarczego, zbadała sytuację polskich firm w kontekście bankructw – we wrześniu oficjalnie opublikowano informację o upadłości 71 firm wobec 66 we wrześniu 2013 roku.

 

Większa jest nie tylko liczba upadłości, ale także ich efekt ekonomiczny. Opublikowane we wrześniu orzeczenia o upadłości dotyczyły firm mających zsumowany ostatni znany obrót na poziomie ok. 1,2 miliarda złotych, a zatrudniały one razem, według ostatnich dostępnych danych, ok. 2,5 tys. osób (obydwie te wartości są znacznie wyższe niż w poprzednim miesiącu).

Na przestrzeni dziewięciu miesięcy tego roku sądy opublikowały orzeczenia o upadłości 630 przedsiębiorstw działających w Polsce, podczas gdy w tym samym okresie ubiegłego roku było to 713 opublikowanych upadłości. Wrzesień był drugim w tym roku miesiącem (obok maja), gdy liczba upadłości była wyższa niż w analogicznym okresie roku ubiegłego.

 

  • Liczba upadłości opublikowanych we wrześniu jest wyższa niż przed rokiem z powodu liczniejszych upadłości firm produkcyjnych oraz handlowych.
  • Wśród największych upadłości dominują dystrybutorzy hurtowi (m.in. dwie firmy spośród trzech największych pod względem obrotów bankrutów).
  • Problemy sektora spożywczego – upadło łącznie 11 firm (4 producentów i 7 hurtowników).
  • Upadłości firm produkcyjnych dzielą się po połowie na producentów artykułów konsumpcyjnych (żywność i meble) oraz inwestycyjnych (artykuły budowlane, wyroby maszynowe oraz części motoryzacyjne).
  • Rozpoczęto 10 postępowań układowych, ale równocześnie zanotowano 7 przypadków nieudanych postępowań naprawczych, zamienionych na upadłość likwidacyjną.

 

Sytuacja w handlu nie poprawi się (szybko)

Jak ocenia sytuację Tomasz Starus, Członek Zarządu Euler Hermes, odpowiedzialny za ocenę ryzyka – Dystrybutorzy, zwłaszcza dóbr konsumenckich codziennego użytku mają kurczącą się grupę odbiorców – pozycję rynkową kosztem tradycyjnych sklepów zdobywają mające własne zaopatrzenie sieci handlowe, a o pozostałych walczyć muszą z wielokrotnie większymi megadystrybutorami hurtowymi, którzy dodatkowo swoje obroty, a więc i konkurencyjność cenową, podnoszą tworząc własne franczyzowe sieci sprzedaży detalicznej. Wpływa to oczywiście na kondycję finansową hurtowni: spadającym obrotom towarzyszy niska rentowność, często poniżej kosztu pieniądza: 3-5%, a nierzadko tylko na poziomie 1-2%. Co oznacza brak środków własnych, wysokie zadłużenie i problemy z płynnością. Od kilku lat trudniej pozyskać hurtowniom finansowanie: nie mają one zazwyczaj majątku trwałego i nieruchomości, które mogą być zabezpieczeniem udzielanych kredytów, w porównaniu np. do firm produkcyjnych, a ponadto wolno odradzający się popyt konsumencki nie sprzyja szybkiemu wzrostowi obrotów, a przede wszystkim rentowności.

Podsumowując: handel hurtowy (ale i detaliczny) jest sektorem o dużej liczbie upadłości także z przyczyn popytowych, ale przede wszystkim – finansowych: nawet rosnąca sprzedaż generuje częściej straty, niż zyski. Jest to efektem w pierwszym rzędzie zarządzania i przyjętego modelu działalności – zarabianie na benefitach i działalności dodatkowej, a nie czynników zewnętrznych, które nie są gwałtowne i można je uwzględnić, np. rosnąca konkurencja sprzedaży internetowej czy koncentracja rynku. Od powyższego ogólnego opisu są oczywiście wyjątki – sektor jak dystrybucja hurtowa nie jest jednorodny. Opisana sytuacja dotyczy p.w. hurtu artykułów konsumenckich i budowlanych, ale też nie wszystkich, np. w branży kosmetycznej marża hurtowa nierzadko osiąga 25%.

 

Sektor spożywczy: czy obserwujemy już efekt embarga?

We wrześniu opublikowano informacje o upadłości 4 producentów artykułów spożywczych (mięsa oraz artykułów piekarniczych) oraz 7 hurtowni spożywczych – czyli łącznie 11 firm związanych z rynkiem spożywczym. Jak mówi Maciej Harczuk, Prezes Zarządu Euler Hermes Collections: – Firm produkcyjnych, jak i hurtowych z branży spożywczej mających kłopoty jest więcej… Nie można wszystkiego tłumaczyć embargiem na Wschodzie. Przynosi ono wymierne straty i upadłości firmom wyspecjalizowanym w handlu na tym rynku, ale niestety na sektor oddziałują także inne czynniki. Duże zapasy mrożonych owoców, rekordowo niskie ceny mleka, a także jego nadprodukcja, czy spadające spożycie pieczywa, czyli czynniki rynkowe, mają nie mniejsze znaczenie niż polityczne ograniczenia zbytu na niektórych kierunkach. Zapewne kwestią czasu są więc kolejne upadłości firm z branży mięsnej ale też producentów nabiału – ponieważ niskie ceny oraz mający już miejsce eksport na perspektywiczne rynki, m.in. azjatyckie nie rokują na szybkie upłynnienie nadwyżek po korzystnych cenach.

 clip_image002

 

Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z Grupy Allianz

 

Zaskakujący wzrost liczby upadłości firm produkcyjnych

Największa liczba upadłości we wrześniu miała miejsce w sektorze produkcyjnym – sytuacja nie notowana od półtora roku.Jak mówiMichał Modrzejewski, dyrektor Analiz Branżowych w Euler Hermes Upadłości te w połowie dotknęły zarówno producentów wyrobów na rynek konsumencki (oprócz wspomnianej żywności – także nie notowana od dłuższego czasu w statystyce upadłości grupa firm z branży meblowej – 4) a w połowie producentów artykułów na rynek inwestycyjny (art. budowlanych, ale także maszyn i części do nich oraz … producentów komponentów motoryzacyjnych). Problemy firm produkcyjnych nie wydają się więc być skutkiem sytuacji w jakichś pojedynczych branżach (sektorze spożywczym czy budownictwie), ale raczej ogólnie kwestii popytowych na rynku wewnętrznym, jak i w eksporcie. Pomimo wzrostu eksportu o ponad 6% w tym roku, do czego w znacznej mierze przyczynili się wytwórcy części motoryzacyjnych, mebli czy AGD problemy mają ich dostawcy – wśród upadających firm znalazło się aż 5 firm produkujących wyroby z tworzyw sztucznych i gumy na potrzeby tych notujących niezłe wyniki branż! Sprzedaż jest więc wciąż daleka od możliwości produkcyjnych.

 

Budownictwo

Upadłości firm budowlanych są rzadsze niż rok temu, ale oprócz tego w ostatnim czasie zmienił się ich charakter. Częste jeszcze niedawno upadłości firm prowadzących prace wykończeniowe (elektryczne, hydrauliczne i inne) są obecnie rzadkością.

– Problemy, o czym świadczą upadłości, mają obecnie firmy realizujące głównie nową falę inwestycji, przebrzmiało już echo kryzysu branży z lat 2012-2013. Nie są to przy tym jedynie firmy budownictwa ogólnego czy mieszkaniowego, ale także… ponownie firmy wyspecjalizowane w budowie dróg i towarzyszącej infrastruktury wodociągowej i przesyłowej (5 takich przypadków). Wydaje się więc, że niestety zasady prowadzenia i rozliczania tych inwestycji – a przede wszystkim realia cenowe i krytycznie niska rentowność nie zmieniły się zbytnio od fali inwestycji na Euro 2012, co doprowadziło przecież do kryzysu a nie rozkwitu branży budowlanej – ocenia Tomasz Starus.

 

Największa liczba spośród opublikowanych we wrześniu upadłości dotyczyła firm z województwa mazowieckiego – ale i tak poprawa w tym województwie pod względem liczby bankructw w stosunku do analogicznego okresu w roku ubiegłym jest jedną z największych. Odwrotnie w województwie małopolskim i w sąsiednim podkarpackim – tutaj liczba upadłości jest nadal wyższa niż w roku ubiegłym. W województwie małopolskim za część tych upadłości odpowiada pogarszająca się sytuacja w branży transportu drogowego towarów (3 z 8 upadłości opublikowanych we wrześniu). Wspomniane zwiększenie liczby upadłości w województwie dolnośląskim wiąże się nie tylko z firmami produkcyjnymi (5 przypadków), ale także dystrybutorami hurtowymi (4 ich upadłości w tym województwie we wrześniu). Na przeciwnym biegunie – sytuacja w województwie mazowieckim, będącym jednym z liderów spadku liczby upadłości, także we wrześniu, nie może być bagatelizowana. O ile bowiem w roku ubiegłym duża część upadłości w tym województwie dotyczyła firm mniejszych, m.in. usługowych i handlowych (nadal obecnych w tej statystyce), to obecnie upadające firmy budowlane i produkcyjne na Mazowszu nie są może największymi podmiotami, ale jednak liczącymi się dotychczas na regionalnym rynku z obrotami rzędu po 40 milionów złotych.

 

Informacje o upadłościach firm, opublikowane w odniesieniu do ich miejsca rejestracji

województwo:

I-IX 2013

I-IX 2014

Dolnośląskie

107

83

kujawsko pomorskie

44

37

Lubelskie

15

18

Lubuskie

22

16

Łódzkie

34

18

Małopolskie

63

73

Mazowieckie

129

102

Opolskie

8

10

Podkarpackie

28

31

Podlaskie

14

9

Pomorskie

25

28

Śląskie

84

60

Świętokrzyskie

15

19

warmińsko mazurskie

21

20

Wielkopolskie

53

64

Zachodniopomorskie

51

42

RAZEM

713

630

Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z Grupy Allianz

 

Źródło: Euler Hermes

Firmy będą miały przyznawany NIP z urzędu

Od 1 grudnia tego roku podatnicy będą mieli z urzędu nadawany numer identyfikacji podatkowej, bez potrzeby składania dodatkowych oświadczeń. Jednak w zakresie uprawnień urzędu skarbowego pozostanie możliwość uchylenia tego numeru.

Regulacje, które zaczną obowiązywać będą miały znaczenie dla podmiotów, które korzystają z usług wirtualnych biur. Aktualnie zdarza się tak, że sprawa nadania NIP ciągnie się przez kilka miesięcy, ponieważ urzędy wymagają złożenia dodatkowych dokumentów określających, jakie działania prowadzone są pod wirtualnym adresem.

Od 1 grudnia to się zmieni. Spółkom wpisywanym do Krajowego Rejestru Sądowego NIP będzie nadawany automatycznie, zaraz po wpłynięciu danych do Centralnego Rejestru Podmiotów – Krajowej Ewidencji Podatników (CRP KEP). W ciągu trzech dni od przekazania danych z bazy KRS fiskus ma prawo wszcząć postępowanie wyjaśniające, czy firma otrzymała już NIP. Jeśli nie, zostanie on nadany i niezwłocznie przekazany z CRP KEP do bazy KRS. Dowodem na to, że podmiot otrzymał identyfikator podatkowy, będzie ukazanie numeru w KRS.

Naczelnik urzędu skarbowego będzie mógł zdecydować o uchyleniu NIP już po jego nadaniu. Będzie mogło tak być w przypadku, gdy podatnik poda nieprawdziwe lub fałszywe dane dotyczące adresu siedziby firmy.

Decyzja naczelnika urzędu skarbowego nie rozstrzyga jednak ostatecznie kwestii uchylenia numeru NIP podatnikowi. Ma on bowiem czas na wyjaśnienie sytuacji bez potrzeby czekania na nadanie NIP.

Głównym problemem urzędów skarbowych wynikającym z korzystania z wirtualnych biur są liczne próby podejmowane przez przedsiębiorców w celu wyłudzenia VAT. Nie stanowi to reguły, jednak przykładowo może to być osoba prowadząca sklep internetowy, którego adres zamieszczony jest w wirtualnym biurze. Dodatkowo korzysta on z szerokiego zakresu możliwości, jakie gwarantuje outsourcing, np. kupuje usługi transportu, pakowania, magazynowania i reklamacji. Kwoty zapłaty ustalane są z odbiorcami w miejscach publicznych lub za pośrednictwem komunikatorów. W takiej sytuacji konkretnego miejsca prowadzenia działalności gospodarczej nie można określić.

Joanna Walerowicz

mojszmal.pl

Kłopotem polskich firm transportowych jest nie tylko rosyjskie embargo

Na ciężką sytuację polskich firm transportowych wpływa nie tylko rosyjskie embargo na artykuły rolno-spożywcze, ale także kryzys gospodarczy w Europie i nasycenie rynku. Takie zadanie wyraził w Sejmie wiceminister infrastruktury i rozwoju Zbigniew Rynasiewicz.

Na wniosek klubu SLD wiceminister wydał informację dotyczącą dramatyczniej sytuacji przedsiębiorstw transportowych w wyniku rosyjskiego embarga. Rynasiewicz poinformował, że kryzys w branży transportowej panuje już od 2008 roku, przy czym tylko w 2010 r. odnotowano lekką poprawę.

Stwierdził też, że już sześć lat temu rząd podejmował działania mające na celu zabezpieczenie interesów polskiej branży transportowej. Mimo, że nasz kraj jest liderem w Europie, inne państwa cieszą się z tego faktu trochę mniej.

Rynasiewicz stwierdził również, iż rosyjski rynek usług transportowych pod względem ekonomicznym jest atrakcyjny dla polskich przedsiębiorstw transportowych. Dostają one najwięcej zleceń w Europie Zachodniej, przede wszystkim z powodu niedalekiego położenia geograficznego z Rosją oraz dużego potencjału rozwojowego.

Ponadto, jak dodał wiceminister, towary transportowane przez Federację Rosyjską, są przewożone w większości przypadków transportem drogowym. Polskie podmioty z tej branży mają bardzo dobre rozeznanie tamtejszego rynku oraz reguł rządzących nimi i zasad stosowanych przez służby rosyjskie.

Rynasiewicz zapewnił, że na pomoc rządu będą mogli liczyć przewoźnicy, którzy w rzeczywistości ponieśli straty w konsekwencji nałożenia przez Rosję embarga. Ocenił, że działania rządu w tym zakresie są właściwe, a w celu rozwiązania problemu został powołany zespół pod kierownictwem ministra rolnictwa Marka Sawickiego. Zespół ma za zadanie przedstawić Radzie Ministrów plan działań przygotowany dla przewoźników.

Według wiceministra Rynasiewicza rozwiązania skierowane do firm transportowych, w dużym stopniu uwzględniają ich oczekiwania. Na najbliższym spotkaniu zespołu będą przedstawiane szczegółowe propozycje, które następnie zostaną przekazane przewoźnikom.

Joanna Walerowicz

mojszmal.pl

Niełatwa dywersyfikacja portfela obligacji korporacyjnych

Konieczność rozproszenia ryzyka podczas inwestycji w papiery dłużne firm wydaje się oczywista. Ale teoria nie nadąża za praktyką, bo niezależnie czy kupujemy obligacje na rynku pierwotnym, czy na wtórnym, to musimy liczyć się z całym szeregiem przeszkód do pokonania.

 

Idealnym rozwiązaniem podczas inwestowania na rynku papierów korporacyjnych byłoby takie zdywersyfikowanie portfela, które zapewni, że kłopoty jednego z emitentów nie doprowadzą całości kapitału do ruiny. Dobrym wzorem mogą okazać się więc fundusze obligacji firm, które ustalają nie tylko limity na konkretne serie, ale też na spółki, czy nawet na całe branże. Lecz przeniesienie tego modelu na portfel typowego inwestora indywidualnego może okazać się niemożliwe, głównie ze względu na nieporównywalnie mniejszą skalę działalności.

 

Podczas zakupu obligacji korporacyjnych na rynku pierwotnym jako takie rozproszenie ryzyka staje się możliwe dopiero w przypadku inwestorów posiadających sześciocyfrowe kwoty. W przypadku emisji prywatnych, przeznaczonych dla wąskiego grona odbiorców, minimalny zapis to minimum 20-30 tys. zł, a zwykle więcej (50-100 tys. PLN). W najlepszym przypadku uda się zbudować portfel z czterech, może pięciu serii obligacji różnych spółek.

 

W przypadku rynku pierwotnego rozwiązaniem problemu mogłyby okazać się emisje publiczne, gdzie minimalny próg wejścia wynosi zwykle 1 tys. zł. Ale tego typu oferty pojawiają się na rynku rzadko i bywają bardzo zróżnicowane pod względem jakości samych emitentów. Znajdziemy tu bowiem zarówno duże spółki o relatywnie niskim ryzyku (co oczywiście jest odzwierciedlone w oprocentowaniu), jak i niewielkie podmioty emitujące obligacje do 10 mln zł. W tym ostatnim przypadku mówimy jednak o wysokodochodowych papierach (obecnie 8-9,5 proc. rocznie), które ze względu na znacznie wyższe ryzyko nadają się co najwyżej jako dopełnienie inwestycyjnego portfela.

 

Znacznie łatwiej budowa portfolio obligacji firm powinna przebiegać na rynku wtórnym. Wprawdzie i tutaj zdarzają się wysokie progi wejścia (dla kilku serii 10 lub 100 tys. zł), ale zakup papierów w giełdowym obrocie wydaje się rozwiązaniem znacznie bardziej przystępnym, bo większość serii ma nominał na poziomie 0,1 lub 1 tys. zł. Odpada zatem problem wyczekiwania na koleje emisje. Zakupów można dokonywać na bieżąco, ale za cenę niższej rentowności, ponieważ solidne papiery zwykle wyceniane są z wysoką premią, tj. powyżej wartości nominalnej, co obniża rentowność inwestycji. W przypadku inwestorów, którzy nie chcą przepłacać, zakupy przypominają natomiast bardziej polowanie na okazje, co nierzadko wymaga sporej cierpliwości.

 

Niska płynność na Catalyst to niejedyna przeszkoda w budowie zdywersyfikowanego portfela obligacji firm. Choć w giełdowym obrocie można znaleźć zróżnicowanych emitentów, to na pewno da się zauważyć sporą nadreprezentację spółek z szeroko rozumianej branży finansowej (banki, windykatorzy, firmy pożyczkowe) oraz budowlanej. Tego typu dysproporcje występują także w przypadku samego oprocentowania. Mniej niż co piąta emisja znajdująca się w detalicznej części rynku Catalyst ma stałe odsetki (licząc po wartości emisji jest to tylko 3,5 proc.). Na domiar złego, często są to papiery o wyższym ryzyku.

 

Warto także pamiętać o tym, aby nie przesadzić w drugą stronę. Zbyt duża liczba pozycji w obligacyjnym portfelu może okazać się kłopotliwa ze względu na konieczność monitorowania sytuacji każdej ze spółek.

 

Michał Sadrak

Źródło:  Open Finance

Dwie drogi wyjścia z finansowego dołka w biznesie

Jak wynika z badania „Portfel należności polskich przedsiębiorstw”, sporządzonego przez KPF i KRD, w lipcu 2014, co trzecia firma w Polsce w związku z zaległościami kontrahentów miała problemy z regulowaniem własnych rachunków. Niestety, nawet najlepsze środki ostrożności nie zawsze mogą ustrzec przed zatorami płatniczymi i niewypłacalnością firmy. W takiej sytuacji biznesmeni mają dwa wyjścia – zaciągnięcie kredytu obrotowego lub skorzystanie z faktoringu. Które rozwiązanie jest korzystniejsze, tłumaczy ekspert Expandera.

 

Dla kogo kredyt obrotowy?

Kredyt obrotowy to rozwiązanie dla firm z dłuższym doświadczeniem rynkowym, które rozwijają się i osiągają zyski, lecz utraciły bieżącą płynność finansową. Wysokość takiego wsparcia uzależniona jest od kondycji firmy i wysokości zabezpieczeń.To korzystne rozwiązanie, które pozwala uzyskać przedsiębiorstwu potrzebne środki. Warunkiem jest jednak zachowanie zdolności kredytowej oraz odpowiednia historia kredytowa firmy – zauważa Monika Mojzesowicz, Dyrektor Departamentu Kredytów dla Firm, Expander. – Jeśli przedsiębiorca zdecyduje się na takie finansowanie, warto w pierwszej kolejności poznać ofertę banku, z którego usług już korzysta. Często instytucje finansowe umożliwiają otworzenie linii kredytowej na rachunku bieżącym, co znacznie przyśpiesza niezbędne procedury.

 

Kiedy zdecydować się na faktoring?

Faktoring natomiast jest formą krótkoterminowego finansowania dla firm udzielających tzw. kredytu kupieckiego, a więc stosujących odroczone terminy płatności wobec swoich kontrahentów. Usługa ta nie wymaga dodatkowego zabezpieczenia (jest nim bowiem nieopłacony rachunek), a przedsiębiorca otrzymuje pomoc osiągającą nawet 100% kwoty wpisanej na fakturze – To korzystna i bezpieczna usługa, która pozwala przesunąć ryzyko zalegających płatności na dłużnika – komentuje Monika Mojzesowicz, Expander. – Faktoring to rodzaj miękkiej windykacji, która z jednej strony pozwala poprawić sytuację finansową przedsiębiorstwa, z drugiej natomiast nie wpływa negatywnie na stosunki z kontrahentami w takim stopniu, jak np. zaangażowanie firmy windykacyjnej. Ważne jest jednak dobre udokumentowanie należności oraz dobra kondycja dłużnika. Jeśli ich zabraknie, faktor może odmówić wsparcia, wtedy przedsiębiorcy muszą szukać innych rozwiązań.

 

Faktoring Kredyt obrotowy
Zakres usługi
Faktoring oprócz wsparcia finansowego umożliwia także monitoring należności oraz przesunięcie ryzyka związanego
z przeterminowanymi płatnościami.
Kredyt obrotowy obejmuje jedynie finansowanie działalności bieżącej
Zabezpieczenie
Faktorzy nie wymagają dodatkowych zabezpieczeń – stanowi je nieopłacona faktura. Kredyt obrotowy, podobnie jak każdy inny, wymaga zabezpieczenia. Może nim być poręczenie, weksel, hipoteka lub pełnomocnictwo do rachunku.
Zdolność kredytowa
Faktorzy nie wymagają zdolności kredytowej od swoich klientów. Potrzeba
i kontrolowana przez usługodawców jest natomiast wypłacalność dłużników.
Instytucje finansowe wymagają pełnej zdolności kredytowej do obsługi zadłużenia.
Poziom finansowania
Wartość uzyskanego wsparcia jest elastyczna, może wynieść nawet 100% sumy, na którą opiewa nieopłacona faktura. Zwykle wartość udzielonego kredytu nie przekracza 50% wartości zabezpieczenia lub obrotów.
Spłata zadłużenia
Spłata przeterminowanej faktury należy do dłużnika. Za spłatę kredytu odpowiada kredytobiorca lub poręczyciel.
Dodatkowe koszty, związane np. ze zwłoką w płatności
Koszty związane z nieuregulowaniem rachunku ponosi dłużnik, a więc podmiot, na który została wystawiona faktura. Koszty związane z opóźnieniami
w spłacie zobowiązania pokrywa kredytobiorca.
Źródło: opracowanie Expander Advisors

 

Wybór pomiędzy tymi rozwiązaniami należy rozpatrywać indywidualnie. Są sytuacje, w których kredyt ma znaczną przewagę nad faktoringiem i odwrotnie.– Przed podjęciem decyzji warto jest skonsultować się z niezależnym doradcą finansowym, który przedstawi dostępne opcje i podpowie, które z nich są dla nas najkorzystniejsze – radzi Monika Mojzesowicz, Expander. – W przypadkach niektórych przedsiębiorstw skorzystanie z kredytu jest natomiast niemożliwe np. w związku z złą historią kredytową lub jej całkowitym brakiem wynikającym z rozpoczęcia działalności.

 

 Źródło: Expander

ZUS nierówno traktuje podmioty gospodarcze

Według specjalistów w zakresie ubezpieczeń Zakład Ubezpieczeń Społecznych nagina przepisy ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych odstępując od działań w postaci wysyłania nakazów płatniczych i prowadzenia egzekucji należności szpitalom, przychodniom, kopalniom, hutom czy stoczniom.

ZUS argumentuje to tym, gdyby doszło do takiej egzekucji mogłoby to spowodować paraliż finansowy tych placówek. Oprócz wspominanych podmiotów na takie wyjątkowe traktowanie mogą liczyć także zakłady przemysłu metalowego, drzewnego, włókienniczego, meblarskiego, budowlano-górniczego, budowlano-hutniczego oraz kolejnictwa. Ostatnie dane Najwyższej Izby Kontroli wykazują, że zadłużenie 25 firm będących pod kontrolą sięgnęło 537,1 mln zł za okres 2009 do 2013 r.

Za specjalnym traktowaniem sektora górniczego jest także Sejm, co udowodnił bez przeszkód uchwalając w lipcu tego roku ustawę o zmianie ustawy o funkcjonowaniu górnictwa węgla kamiennego w latach 2008-2014 r. Na podstawie zmian wydobywcy węgla kamiennego na spłatę należności mają wydłużony czas do końca 2017 r., a nie jak wcześniej ustalono do końca 2015 r.

Takie traktowanie podmiotów powoduje, że mogą one praktycznie czuć się zwolnione z uiszczania składek na ubezpieczenie społeczne. Co więcej, mimo, że zakłady z branży górniczej mogą nie odprowadzać terminowo składek bez konsekwencji, górnicy nadal mają uprawnienia ubezpieczeniowe. Mają oni bowiem prawo do zasiłku chorobowego za okres, przez który nie były odprowadzane składki za ubezpieczenie chorobowe. W porównaniu z tym, mali przedsiębiorcy nie mają do niego prawa, nawet wówczas, gdy spóźnili się z wpłatą krótki czas. Według ekspertów ubezpieczeniowych świadczy to o jawnej dyskryminacji mniejszych przedsiębiorstw.

Eksperci dostrzegają też, że zaległości w płaceniu składek przez kopalnie nie przekładają się na kwoty emerytur górników. Korzystają oni bowiem z przywileju polegającego na przyznaniu górnikom specjalnego przelicznika przy obliczaniu stażu ubezpieczeniowego, w którym okres bezskładkowy również jest wliczany do tego stażu.

Wielu przedsiębiorców i ekspertów ubezpieczeniowych twierdzi, że w rezultacie takiego podejścia ZUS wiele kopalni, które nie są zyskowne utrzymuje się dzięki podatnikom, a małe firmy są nierówno traktowane przez ZUS. Mają oni również obawy dotyczące tego, że jeżeli rząd i ZUS będą kontynuować politykę opierającą się na zwolnieniu z opłacania składek przez podmioty, które tak naprawdę są najbardziej zadłużone, to w systemie już niedługo zabraknie funduszy na wypłatę świadczeń.

Joanna Walerowicz

mojszmal.pl

Kary nakładane przez UOKiK na nieuczciwych przedsiębiorców są zbyt niskie

Kwoty kar, jakie UOKiK nakłada na przedsiębiorców za łamanie prawa jest dla nich zachętą do zakładania działalności gospodarczej tylko w celu wykorzystania naiwności klientów. Takie zdanie wyrazili prawnicy.

Najwyższa kara, jaka może być nałożona na przedsiębiorcę za łamanie praw konsumentów to 10 proc. jego przychodu. Kwestią budzącą wątpliwości jest jednak fakt, że w przepisach mowa jest o przychodzie za rok poprzedzający rok nałożenia kary. W opinii ekspertów prawnych tak sformułowane przepisy umożliwiają naciąganie klientów.

W ostatnim czasie dyskusję wśród prawników wywołała jedna z podjętych przez szefa UOKiK decyzji dotycząca nałożenia na właścicieli dwóch serwisów internetowych kary o wartości ok. 10 tys. zł. Na jaw wyszło bowiem, że przedsiębiorca prawie przez dwa data prowadził nieuczciwą działalność przekonując niemal 65 tys. klientów, że wysyłają wiadomość tekstową, za którą płacą 1 zł, podczas gdy faktycznie było to 30 zł. Łatwo jest obliczyć, ile w tym czasie firma zarobiła na wprowadzaniu konsumentów w błąd. W porównaniu z tym kara sięgająca 10 tys. zł wydaje się być zdecydowanie zbyt niska.

Andrzej Jakubiec adwokat i wykładowca w Katedrze Prawa Gospodarczego Uniwersytetu Łódzkiego uważa, że taka kara wręcz zachęca do popełniania takich czynów w przyszłości. Jest to bowiem całkowicie nieproporcjonalne do uzyskanych przychodów.

Jednak w tej sytuacji, prezes UOKiK niewiele może zdziałać bowiem o tym, jaka może być maksymalna kara nakładana przez niego mówią jasno przepisy ustawy o ochronie konkurencji i konsumentów. Każdorazowo dokładna kwota kary finansowej ustalana jest przez prezesa UOKiK na podstawie okoliczności danej sprawy. Art. 11 mieści konkretne przesłanki w zakresie markowania wysokości nakładanych kar, którymi ma on obowiązek się kierować. Wspomniane kryteria doprecyzowują opublikowane przez prezesa UOKiK w 2013 roku „Wyjaśnienia w sprawie ustalania wysokości kar pieniężnych za stosowanie praktyk naruszających zbiorowe interesy konsumentów”. Definiują one m.in. okoliczności obciążające, które wpływają na podwyższenie kary, oraz okoliczności łagodzące.

Jakubiec zauważa, iż w przypadku tak oczywistego naruszenia prawa kary powinny być wyższe niż korzyści osiągnięte przez nierzetelnych przedsiębiorców. Przecież chodzi o to, aby dla każdego stało się jasne, że łamanie prawa zwyczajnie się nie opłaca – twierdzi adwokat.

Proponuje również, aby wprowadzić bezpośrednią zależność między kwotą kary a wykazanym przychodem osiągniętym dzięki nieuczciwym działaniom. Według niego kara mogłaby wynosić przykładowo dwukrotność tego przychodu.

Jednak UOKiK takie rozwiązanie uznaje za kłopotliwe, ponieważ w takich sytuacjach byłby kłopot z uzgodnieniem wysokości tak określonego przychodu przedsiębiorcy. Dodatkowo, choć UOKiK przyznaje, że kara pieniężna powinna być dolegliwa i odstraszająca dla przedsiębiorcy, to zaznacza jednocześnie, że jej celem nie jest też doprowadzenie do niewypłacalności przedsiębiorstwa.

Reasumując, nie można zapominać o konsumentach, którzy są tutaj poszkodowani, a w opinii prawników, obecnie nakładane kary są kpiną z poszkodowanych. Ponadto, najwyższa pora, aby rzecznicy praw konsumenta zaczęli korzystać z aktywności UOKiK i przekładali ją na indywidualnego konsumenta.

Joanna Walerowicz

mojszmal.pl

Będzie podatek węglowodorowy od gazu łupkowego wydobywanego w Polsce

Prezydent Bronisław Komorowski podpisał ustawę o podatku węglowodorowym. Wprowadza on min. obowiązek płacenia od 2020 roku przez firmy wydobywające gaz łupkowy w Polsce specjalnego podatku.

Sejm przegłosował ustawę o specjalnym podatku węglowodorowym pod koniec zeszłego miesiąca. Regulacje ustawy wprowadzają system objęcia podatkiem wydobywanych kopalin m.in. gazu i ropy. Inwestor ma być całkowicie obciążony tzw. rentą surowcową, której maksymalna wysokość to ok. 40 proc. Jej częścią będzie specjalny podatek węglowodorowy, którego stawka ma oscylować od 0 do 25 proc. zależnie od relacji przychodów do wydatków, a także podatek od wydobycia określonych kopalin. Przykładowo, dla gazu konwencjonalnego stawka podatku wyniesie 3 proc., a dla niekonwencjonalnego – 1,5 proc., z kolei dla ropy konwencjonalnej będzie to 6 proc., a niekonwencjonalnej 3 proc.

Na mocy przepisów nowej ustawy opłata eksploatacyjna uiszczana na rzecz województw, powiatów i gmin i Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej ma wzrosnąć z 6 zł za 1000 metrów sześciennych dla gazu do 24 zł i 50 zł z 36 zł za tonę w przypadku ropy.

Przez kilka ostatnich lat resort środowiska wydał ponad 100 koncesji na poszukiwanie gazu konwencjonalnego na obszarze Polski. Te firmy to m.in. PGNiG, Chevron oraz Lotos i Orlen Upstream.  Jednak z poszukiwań w Polsce odwołało się kilka podmiotów, m.in. Marathon, Talisman i Exxon.

Zgodnie z informacjami przekazanymi przez Kancelarię Prezydenta, ustawa zacznie obowiązywać od początku 2016 r., z wyjątkiem regulacji Ordynacji podatkowej w sprawie możliwości składania deklaracji podatkowej za pośrednictwem Internetu, która wejdzie w życie 14 dni po jej opublikowaniu.

Joanna Walerowicz

mojszmal.pl