Archiwa blogu

Jaki fundusz inwestycyjny wybrać w czasie deflacji?

Rada Polityki Pieniężnej obniżyła stopy procentowe o pół punktu. Swoją decyzję tłumaczyła koniecznością reakcji na deflację w Polsce. Zjawisko to, niewątpliwie korzystne w krótszym okresie, może przysporzyć wielu kłopotów gospodarce, gdyby trwało zbyt długo. Czy zatem średni spadek cen produktów powinien wpłynąć na naszą strategię inwestycyjną, układaną w dłuższym horyzoncie czasowym? Powinniśmy przeczekać trudny okres czy gruntownie zmienić strukturę naszego portfela inwestycyjnego? Odpowiedzi na te pytania zależą od wielu czynników.

Nie ma jednego prostego rozwiązania, jak inwestować w czasie deflacji. W reakcji na zaistniałą sytuację, przede wszystkim powinniśmy poznać jej przyczynę oraz przypuszczalny okres jej trwania. Jeżeli  spodziewamy się, że sytuacja jest przejściowa, a spadek cen żywności czy paliw jest konsekwencją wydarzeń o charakterze przypadkowym, incydentalnym i trudnym do przewidzenia, jak na przykład wprowadzenie embarga czy klęska urodzaju, a nie wydarzeń wynikających bezpośrednio ze stanu czy struktury gospodarki, to zjawisko deflacji nie powinno determinować naszej strategii inwestycyjnej. Jedyną wówczas różnicą jest wyższa niż zazwyczaj, możliwa do osiągnięcia realna stopa zwrotu, co jest szczególnie istotne w przypadku funduszy o najniższym stopniu ryzyka, gdzie uzyskiwane stopy zwrotu są na relatywnie niskim poziomie.

Większość ekspertów twierdzi, że obecna deflacja jest zjawiskiem chwilowym i nie powinna  trwać zbyt długo. Według wiosennej prognozy Komisji Europejskiej rok 2014 powinniśmy zamknąć na poziomie + 1,1%. Jednak, jak zauważa Piotr Szulec, Dyrektor ds. Komunikacji Inwestycyjnej w Pioneer Pekao Investment Management, należy mieć na uwadze, że o czasie trwania deflacji decyduje szereg czynników, których na dziś nie da się do końca przewidzieć. Z punktu widzenia inwestora równie ważne jest to, czy obserwowany spadek cen żywności  będzie się nadal pogłębiać, a w tej kwestii eksperci nie są do końca zgodni. Jej ewentualne, dalsze pogłębienie zależy głównie od sytuacji międzynarodowej, czyli tego, jak długo potrwa rosyjskie embargo oraz czy zostaną wprowadzone nowe sankcje. Na te pytania dzisiaj nikt nie zna odpowiedzi. Zupełnie inną kwestią są ceny ropy naftowej, które dynamicznie spadają od ponad 4 miesięcy, co sugeruje zmianę długoterminowego trendu na tym surowcu na trend spadkowy. To z kolei mogłoby mieć bardziej długofalowe konsekwencje w zachowaniu wskaźnika inflacji.

Fundusze pieniężne i gotówkowe w portfelu inwestycyjnym

W czasie deflacji nasz portfel inwestycyjny może zawierać dominującą liczbę funduszy o najniższym stopniu ryzyka, tj. fundusze pieniężne i gotówkowe. Fundusze rynku pieniężnego, często traktowane jako bezpośrednia alternatywa wobec bankowych depozytów, przyniosły w ostatnim czasie większe zyski niż lokaty. Z drugiej strony decyzja Rady Polityki Pieniężnej może dodatkowo wpłynąć na poprawę rentowności tej grupy funduszy, które posiadają papiery o krótkim, zazwyczaj kilkudziesięciodniowym terminie wykupu. W tej sytuacji dobrym pomysłem wydaje się inwestycja w fundusze gotówkowe, w których portfelach często znajdują się różnego rodzaju instrumenty dłużne. Obniżka stóp procentowych może również poprawić wyniki tych funduszy, które lokują w papiery dłużne oraz obligacje ze stałym oprocentowaniem, zwłaszcza te długoterminowe. Wielu analityków na początku zeszłego roku przewidywało ich słabą rentowność, lecz w obecnej sytuacji gospodarczej są one jedną z niewielu sensownych i jednocześnie bezpiecznych opcji inwestycyjnych, a na pewno jedynym, w miarę porównywalnym do lokat bankowych, sposobem lokowania kapitału.

Fundusze akcyjne bardziej ryzykowne w czasie deflacji

Większość ekspertów w okresie deflacji odradza fundusze o wyższym poziomie ryzyka inwestycyjnego, np. akcyjne – gdyż nie do końca wiadomo, jak zachowa się cała gospodarka i jak te fundusze odnajdą się w nowej sytuacji. – Z jednej strony w okresie deflacji mamy zazwyczaj więcej gotówki do dyspozycji i część z nas może szukać bardziej dochodowych sposobów na jej pomnożenie, m.in. właśnie poprzez giełdę. Z drugiej strony średni spadek średnich cen w dłuższym horyzoncie czasowym może spowodować gorsze wyniki finansowe spółek notowanych na giełdzie, co może skutkować spadkiem ich kursów i mniejszymi szansami na wypłaty dywidend, a to z kolei może mieć bezpośrednie przełożenie na gorsze wyniki inwestycyjne wybranych funduszy akcyjnych – dodaje Piotr Szulec z Pioneer Pekao Investment Management.

Jednak w dłuższym horyzoncie, to właśnie fundusze akcyjne wydają się dobrym rozwiązaniem. Z badań przeprowadzonych w Stanach Zjednoczonych, dysponujących najbardziej rozwiniętym rynkiem kapitałowym wynika, że każda 30-letnia inwestycja, niezależnie od momentu jej uruchomienia, przyniosła zysk, co pokazuje, że w długim terminie bardzo dobrze zarabia się właśnie na akcjach.

 

Źródło: Pioneer Pekao Investments

Wciąż właściciele mieszkań mogą tylko pomarzyć o deflacji

We wrześniu po raz trzeci z rzędu mieliśmy do czynienia z deflacją. Nie przeszkodziło to w niewielkim wzroście kosztów utrzymania mieszkania pomimo taniejących mebli, sprzętu AGD i niektórych nośników energii. Na ten cel statystyczna czteroosobowa rodzina wydaje około 885 zł miesięcznie, czyli prawie tyle samo co w styczniu – wynika z szacunków Lion’s Bank.

 

Zgodnie z przewidywaniami ekonomistów wrzesień był trzecim z rzędu miesiącem deflacji. W ciągu roku ceny dóbr i usług konsumpcyjnych spadły o 0,3%. Tak niski odczyt powoduje, że coraz bardziej prawdopodobny zdaje się scenariusz obniżenia kosztu pieniądza przez Radę Polityki Pieniężnej jeszcze w bieżącym roku.

 

Ubranie i transport znacznie tańsze niż przed rokiem

 

W ostatnich 12 miesiącach najmocniej drożały dobra i usługi związane z łącznością (4% r/r). Na drugim miejscu, pod względem dynamiki wzrostu cen, uplasowały się restauracje i hotele (1,4% r/r), a na trzecim edukacja ze wzrostem cen o 1,2% (r/r). Z drugiej strony, we wrześniu 2014 r. mniej niż rok wcześniej trzeba było płacić za: dobra i usługi związane z odzieżą i obuwiem (4,7% r/r), transportem (3,2% r/r) oraz w znacznie mniejszym stopniu żywnością (0,8% r/r).

 

We wrześniu najmocniej taniała domowa chemia

 

Opublikowane przez GUS dane zawierają także informacje o tym, jak ceny dóbr i usług zmieniły się pomiędzy sierpniem i wrześniem bieżącego roku. W obszarze tym zmiany były raczej niewielkie. O 0,2% więcej trzeba było płacić za opał i energię cieplną, a o 0,2% mniej trzeba było płacić za środki czyszczące i konserwujące.

 

W dłuższym horyzoncie czasowym – jednego roku – dokładniejsze dane dostępne są za sierpień. Sugerują one, że za energię elektryczną statystyczny Polak płacił o 2,3% mniej niż przed rokiem, ceny sprzętu AGD spadły o 1,7%, a mebli, dywanów, art. dekoracyjnych i oświetleniowych o skromne 0,3%. Z drugiej strony o 2,1% więcej trzeba płacić za gaz, a energia cieplna zdrożała w ciągu roku o 2,4%.

 

Zmiana cen szybko do celu nie wróci

 

W najbliższych miesiącach inflacja powinna utrzymywać się na niskim poziomie. Taki scenariusz jest przewidywany nie tylko w lipcowej projekcji inflacji NBP, ale też przez ekspertów z Biura Inwestycji i Cykli Ekonomicznych (BIEC). Opublikowany przez nich Wskaźnik Przyszłej Inflacji od miesięcy pozostaje na niskim poziomie. W październiku wskaźnik obniżył się o 0,4 pkt. Co nadmiernie nie dziwi, w ocenie ekspertów BIEC zagrożenie odbicia inflacyjnego jest w dalszym ciągu niewielkie. Przypomnijmy, że wskaźnik publikowany przez biuro stanowi prognozę o kilkumiesięcznym horyzoncie.

 

Utrzymanie domu nieznacznie droższe niż rok temu

 

W październiku poznaliśmy też statystyki GUS pokazujące kwotowo, ile przeciętny Polak wydawał co miesiąc na utrzymanie mieszkania w 2013 roku (badanie „Budżety gospodarstw domowych”). Wynika z nich, że średnio w grudniu 2012 roku wydatki wynosiły 220,56 zł. Dotychczas Lion’s Bank szacował wydatki przeciętnego gospodarstwa domowego na podstawie danych urzędu za grudzień 2012 roku.

 

Na utrzymanie mieszkania, podobnie jak w przypadku koszyka inflacji, składają się koszty eksploatacyjne, energii i wody. Na podstawie tempa wzrostu cen można szacować, że dziś na utrzymanie mieszkania czteroosobowa rodzina wydaje 884,9 zł, czyli niespełna złotówkę więcej niż w sierpniu czy styczniu br. W ciągu 12 miesięcy koszt utrzymania modelowej rodziny podniósł się o 13,5 zł.

 

Bartosz Turek

Źródło: Lion’s Bank

Polscy eksporterzy ponoszą straty na Zachodzie

Polscy eksporterzy coraz częściej ponoszą straty nie tylko z tytułu utraconych rynków zbytu w wyniku embarga czy sanitarnych ograniczeń u naszych wschodnich sąsiadów. Chcąc to sobie zrekompensować kierują jeszcze większą część sprzedaży do innych państw, w tym na rynki unijne. Towarzyszy temu niestety ryzyko braku zapłaty. Krajami o najwyższym wskaźniku zaległości płatniczych wobec polskich eksporterów w 2014 roku są Czechy, Słowacja oraz Niemcy i Francja.

 

Ilość zleceń na odzyskanie należności od zagranicznych odbiorców polskiego eksportu jest w zasadzie powiązana z dynamiką jego wzrostu: dwucyfrowe, kilkunastoprocentowe zwiększenie eksportu w pierwszym i drugim kwartale oznaczało nawet dwukrotnie większy, bo ponad 35% wzrost ilości kierowanych do nas zleceń windykacji zagranicznej w porównaniu do I kwartału ubiegłego roku – stwierdza Maciej Harczuk, prezes Euler Hermes Collections. Zmniejszenie dynamiki wzrostu eksportu do kilku procent w III kwartale wciąż oznaczało dwukrotnie wyższy, bo blisko 15% wzrost ilości (ale w nie mniejszym stopniu także wartości) zleceń odzyskania pieniędzy od zagranicznych dłużników.

 

Kto nie płaci polskim odbiorcom?

Ilość (ale też analogicznie wartość) zleceń w windykacji zagranicznej wskazuje, iż największymi dłużnikami polskich przedsiębiorstw są firmy z krajów unijnych. Ryzyko braku zapłaty, o jakim możemy mówić na podstawie kierowanych do Euler Hermes zleceń nie rośnie jednolicie.

clip_image002 

 Nie rośnie także wprost proporcjonalnie do wartości eksportu do danego kraju. Wartość zleceń odzyskania należności od odbiorców z krajów unijnych jest wyższa niż ich procentowy udział w polskim eksporcie (do UE trafiło 76% polskiego eksportu w okresie I-VII 2014 – za GUS) – w portfelu Euler Hermes zlecenia w stosunku do firm z Unii Europejskiej stanowią około 90% zleceń windykacji zagranicznej.

Problemy z odzyskaniem należności na poszczególnych rynkach nie mają charakteru strukturalnego, branżowego ale nadal finansowy. Nadal wiele firm niezależnie od kraju i sektora ma problemy z finansowaniem swojej działalności. Stąd zróżnicowanie zleceń windykacji eksportowej w podziale na branże jest bardzo duże.

 

Do krajów o najwyższym wskaźniku zaległości płatniczych wobec polskich eksporterów w 2014 roku należą Czechy i Słowacja, gdzie już blisko 25% faktur ma znamiona opóźnienia powyżej 4 miesięcy. Mimo, iż Słowacja jest rynkiem docelowym (w omawianym okresie 2,5% polskiego eksportu – za GUS), to wśród zleceń windykacji zagranicznej Euler Hermes, aż trzykrotnie więcej, bo 7,7% dotyczyło dłużników z tego kraju. W obydwu tych krajach Euler Hermes pomagał polskim firmom odzyskać należności najczęściej w sektorach: transportowym, spożywczym, artykułów przemysłowych (stal) oraz tekstylnym.

Większy także niż procentowy udział eksportu do Włoch (4,6%) jest odsetek zleceń windykowanych przez Euler Hermes od odbiorców z tego kraju – prawie 7%. Recesja w dwóch poprzednich latach we Włoszech i minimalny wzrost, obecnie spotęgowały zatory płatnicze. Średni okres przeterminowania płatności, np. w sektorze żywnościowym czy tekstylnym jest dwukrotnie dłuższy niż w Polsce. Statystyki wyglądają niekorzystnie również dla włoskiego budownictwa i sektora usług dla ludności.

Jeszcze większą dysproporcję w strukturze polskiego eksportu – dużo większy odsetek zleceń windykacyjnych od polskich firm – Euler Hermes odnotowuje na odbiorców z Francji. Francuskie firmy są dłużnikami w przypadku 18% zleceń windykacyjnych, podczas gdy odbierają trzykrotnie mniej, bo niecałe 6% polskiego eksportu. Na rynku francuskim bieżący rok jest szczególnie niekorzystny dla dostawców z branży meblowej, żywności oraz motoryzacyjnej. W sąsiednim kraju – Belgii również nie jest dużo lepiej pod względem płatności na rzecz polskich dostawców – aż 4,4% zleceń windykacyjnych. Najczęściej odzyskiwanymi tam należności są te z tytułu eksportu mebli i elektroniki a także usług transportowych.

Pozostając przy największych rynkach na usługi odzyskania należności z zagranicy wspomnieć trzeba o Niemczech. Pomimo, iż moralność płatnicza firm niemieckich jest dobra na tle tych z innych krajów, a odsetek zleceń windykacyjnych (21,3%) jest niższy niż udział tego kraju w strukturze polskiego eksportu (25,8%), to w niektórych branżach np. transporcie, elektromaszynowej, poligraficznej czy informatycznej obserwujemy średnio dłuższy okres spłaty zobowiązań. Stąd też najwięcej zleceń windykacyjnych kieruje do Euler Hermes polski transport, ale także firmy z branż: chemicznej oraz dóbr konsumenckich: żywność, elektronika, AGD.

 

Konieczna jest zmiana myślenia i większa ostrożność

Domeną wielu polskich firm, chcących poprawić swoją sytuację biznesową poprzez eksport, jest to, że skupiają się przede wszystkim tylko na sprzedaży towarów, a nie na spływie należności. Wzrost ilości zleceń odzyskania należności od dłużników z krajów unijnych, na pewno wynika w pierwszej kolejności z mniejszej ostrożności, dbałości o weryfikację kontrahentów, a następnie o dokumentację towarzyszącą kontraktom i dostawom za granicę. Otwarcie granic nie oznacza bowiem zniesienia także wymogów formalnych, towarzyszących dokumentowaniu sprzedaży. Chociaż nie bez znaczenia są czysto ekonomiczne czynniki – kondycja danych odbiorców, branż czy gospodarek.

Z pewnością pewne spowolnienie tempa odradzania się europejskiej gospodarki w pierwszym półroczu 2014 roku skłaniało odbiorców z tych krajów do częstszego wstrzymywania zapłaty. Działał tutaj (i działa w obliczu wzajemnych sankcji w wymianie handlowej ze Wschodem) efekt czysto psychologiczny – przedsiębiorcy słysząc o pewnym spowolnieniu na rynku wewnętrznym, a następnie o potencjalnych stratach związanych z konfliktem na Ukrainie chcieli jak najwcześniej się do tego przygotować, zatrzymać jak największą część należności w swojej firmie – uważa Tomasz Starus, Członek Zarządu w Towarzystwie Ubezpieczeń Euler Hermes, nadzorujący pion oceny ryzyka.

Z analiz windykatorów Euler Hermes wynika, że wielu dłużników polskich firm nie płaci na czas, nie dlatego że nie może, ale po prostu nie chce. Z kolei polscy eksporterzy chcą (i słusznie zresztą) wyprzedzić innych, zdobyć większy udział na pozostałych rynkach, aby w ten sposób zrekompensować sobie ograniczenia eksportowe. Niestety obecnie ostrożność w doborze kontrahentów jest jeszcze bardziej wskazana – nadprodukcja żywności w całej Unii Europejskiej, presja na jej sprzedaż i niskie ceny skłaniają odbiorców do szukania nowych dostawców, częstej ich zmiany bez uregulowania należności wobec dotychczasowych partnerów.

Fakt, iż dłużnicy częściej obecnie zalegają z zapłatą polskim dostawcom, a jednocześnie dość dobrze współpracują gdy dojdzie do windykacji świadczy o tym, iż w dużej części przypadków jest to efekt postępowania polskich eksporterów, ich nieświadomego (mniej dokładne monitorowanie kontrahentów, zmniejszenie skrupulatności w obiegu dokumentów) lub świadomego tolerowania takich sytuacji. Świadomego, ponieważ stopniowo wydłuża się średnie przeterminowanie z jakim trafiają do Euler Hermes zlecenia windykacyjne. Jest to niebezpieczne, ponieważ trudno naprawdę w tej chwili wskazać konkretne branże, które przeżywają kryzys i w związku z tym dostawcy są w nich bardziej ostrożni. Utrudnia to właściwą ocenę sytuacji i unikanie ryzykownych transakcji, dodatkowo pogłębiane rozluźnieniem procedur przez polskich eksporterów w imię zwiększenia obrotów. Jest to o tyle niebezpieczne, że transakcje eksportowe są z reguły realizowane na większe kwoty niż w obrocie krajowym. Większy wolumen transakcji wynika zarówno z kosztów transportu, jak i konkurencyjności polskich wyrobów (cenowej) na rynkach zagranicznych. Średnia wartość zlecenia windykacyjnego na dłużnika z zagranicy jest ponad trzykrotnie wyższa w stosunku do zlecenia windykacyjnego na dłużnika w obrocie krajowym (i wynosi obecnie średnio ponad 70 tys. złotych).

 

Niemiecka moralność a wschodnie procedury

Sprzedaż do krajów Europy Wschodniej zawsze traktowana była jako ta z kategorii wyższego ryzyka – tak więc zaniedbania dotyczące sprawdzania kontrahentów, czy dokumentowania transakcji chociaż również występowały, to były rzadsze. Błędy te wynikały ze słabej znajomości lokalnych procedur (np. wymóg w określonych dokumentach stosowania okrągłej, a nie prostokątnej pieczęci firmowej) a także niestety – towarzyszącej im korupcji. Poza sektorem rolno-spożywczym sprzedaż na rynki wschodnie prowadzona była w sposób jeśli nie zachowawczy, to raczej przewidywalny. W odróżnieniu od eksportu na rynki unijne (bezpośredni eksport prowadzą nawet najmniejsze polskie przedsiębiorstwa), na rynki wschodnie sprzedawały nie tylko w większości firmy duże, ale także dostarczające wyroby do sprawdzonych, stałych odbiorców, często za pośrednictwem swoich nie tylko oddziałów, ale firm działających na lokalnym rynku. Stąd na tych rynkach straty są rzadsze, chociaż jeśli do nich dochodzi – wartość tych zleceń jest z reguły znaczna. Należności z Ukrainy i Rosji odzyskuje się trudno. Dotyczy to głównie działań sądowych ze względu na niską skuteczność komorników w tych krajach (korupcja, ale też niewystarczające wsparcie organów państwowych).

Zdecydowanie jednym z najlepszych płatników na tle innych państw pozostają Niemcy. Eksporterzy świadomie wybierają ten rynek z uwagi na wysoką moralność płatniczą. Należy jednak podkreślić, że w porównaniu z rokiem 2012 termin regulowania należności przez niemieckim kontrahentów – wydłużył się i w niektórych branżach, np. informatycznej, sięga nawet 70 dni. Słabą moralnością płatniczą wykazują się też firmy działające w dziedzinach przemysłu budowy maszyn i drukarskiego – podkreśla Agnieszka Sztyber, Dyrektor Działu Windykacji Międzynarodowej w Euler Hermes.

W 2014 roku polskim przedsiębiorcom gorzej współpracuje się także z firmami z Wielkiej Brytanii. Znacząco wzrosła liczba przeterminowanych płatności powyżej 90 dni ze strony odbiorców na Wyspach. Dotyczy to głównie transportu i handlu detalicznego.

W opinii ekspertów Euler Hermes w najbliższym czasie należy spodziewać się wzrostu zleceń windykacyjnych szczególnie na odbiorców z krajów Europy Środkowo-Wschodniej. W odniesieniu do 2012 roku, znacznie wzrosła wymiana handlowa z Czechami i Ukrainą co z pewnością wpłynie na zwiększenie ryzyka kredytowego i na ilość zleceń przekazywanych do windykacji. Z uwagi na spadek wzrostu gospodarczego, który odnotowuje Słowacja, zatory płatnicze zdecydowanie wzrosną również na tym rynku.

 

Wyłudzenia w eksporcie

W roku 2013 polscy eksporterzy stali się ofiarami największej od lat fali oszustw ze strony zagranicznych kontrahentów. Często mamy do czynienia z firmami, które z góry zostały powołane tylko po to aby wyłudzić towar podczas swojej krótkiej działalności. W bieżącym roku zauważyliśmy znaczący wzrost nierzetelnych odbiorców na terenie Wielkiej Brytanii i Francji (szczególnie w przemyśle mięsnym i meblowym). Często z powodu uśpionej ostrożności polskich przedsiębiorców oszustwo ma miejsce na samym końcu transakcji. Najczęściej jest to rezultatem zmiany punktu dostawy przez kogoś kto jest dobrze o niej poinformowany i który przejmuje towar.

Znane nam są również sytuacje, w których zamówienia złożył rzetelny kontrahent a nieuprawnione osoby poprzez stronę internetową prawie identyczną do oryginalnej strony odbiorcy, przejmują kontakt z eksporterem.

Dłużnicy wykorzystują wszelkie możliwe sposoby aby uniknąć lub opóźnić płatności. Na rynku włoskim odnotowujemy też coraz częstsze przypadki, gdy dłużnicy celowo składają wnioski o wszczęcie postępowania upadłościowego, aby chronić się przed wierzycielami, co pozwała im na opóźnienie realizacji płatności na rzecz polskich dostawców o kolejne 4-5 miesięcy.

 

Źródło: Euler Hermes

 

Łatwiej o kredyt konsumencki

Ostatnia decyzja Rady Polityki Pieniężnej była co najmniej zaskakująca, nie dlatego, że dotyczy kolejnej obniżki stóp procentowych, ale ze względu na to o jakiej skali jest w niej mowa. Zredukowano bowiem główną stopę procentową o 0,5% pkt. proc. do 2%, czyli do poziomu najniższego w historii działalności RPP. To także pierwsza od 2009 roku tak duża jednorazowa obniżka.

Komentatorzy są zgodni – to reakcja RPP na pojawiające się sygnały wyhamowania koniunktury. Jeszcze większym zaskoczeniem była decyzja RPP dotycząca poziomu stopy lombardowej – obniżka do 3% czyli o 1 pkt. proc. To wiadomość, której nie mogą z zadowoleniem przyjąć polskie banki, gdyż zmiana zmusza je do kolejnego obniżenia ceny oferowanych kredytów, a tym samym redukcji swoich przychodów. Zmiana ta jednak pozwoli na zwiększenie sprzedaży tych samych banków w skali globalnej. Tańszy kredyt to więcej kredytobiorców. Takie są oczekiwania RPP traktującej cięcie stóp jako instrument ożywienia konsumpcji – więcej kredytów to większe środki pieniężne przeznaczone na konsumpcję, zaś większa konsumpcja to impuls dla produkcji.

Popyt na kredyt to wartość stała i trudno jest oczekiwać, że po obniżce stóp procentowych w bankach i u pośredników kredytowych pojawią się kolejki nowych klientów, którzy dotychczas o zaciągnięciu kredytów nie myśleli. Takie zjawisko na pewno nie nastąpi. Obniżenie kosztów kredytu jest jednak szansą dla ogromnej rzeszy ludzi, którzy z tytułu zbyt niskiej zdolności kredytowej w ostatnim czasie kredytów nie otrzymali lub też otrzymali kredyt niższy niż wnioskowali. Teraz ich zdolność poprawi się i warto spróbować ponownie złożyć wniosek kredytowy. Oczywiście dotyczyć to będzie niewielkiej części tychże klientów, ale w skali kraju liczba nowych kredytobiorców może być znacząca. Lepsza dostępność kredytu nie dotyczy tylko kredytobiorców indywidualnych, ale także podmiotów gospodarczych, co z kolei powinno mieć pozytywny wpływ na konsumentów i zwiększenie zainteresowania nowymi inwestycjami. Innym istotnym efektem decyzji RPP jest obniżenie rat wielu spłacanych kredytów, co w konsekwencji zwiększy kwotę wolnych środków, które zarówno kredytobiorcy prywatni, jak i firmy spłacające swoje zobowiązania finansowe mogą przeznaczyć na inne cele, w tym na konsumpcję.

Na jaki efekt może liczyć gospodarka? Eksperci twierdzą, że kilkumiliardowy. Cytując za Pulsem Biznesu, ostatnia decyzja RPP może podnieść wydatki na konsumpcję o ponad 7 mld złotych w skali roku. Według dziennika, na koniec sierpnia br. polskie gospodarstwa domowe były zadłużone w bankach na 587 mld złotych, co przy średnim oprocentowaniu zaciągniętych kredytów (6,95%) daje 41,1 mld zł odsetek rocznie. Po ostatniej zmianie poziomu stóp procentowych, kwota odsetek spadnie do poziomu 35,2 mld złotych, a więc ok. 5,9 mld złotych zostanie wolnych do dyspozycji gospodarstw domowych. Analogiczny efekt wystąpi w zadłużeniu podmiotów gospodarczych. Ich obecny dług w bankach szacowany jest na 297 mld złotych, co przy średnim oprocentowaniu kredytów zaciągniętych przez te podmioty – 4,73%, daje poziom odsetek w wysokości 14 mld zł. Zmiana stóp procentowych daje tutaj spadek poziomu płaconych odsetek do kwoty 12,5 mld zł i efekt 1,5 mld zł środków na inne wydatki.

To oczywiście proste matematyczne wyliczenie, bazujące na danych opartych na zaciągniętych już kredytach. Skala impulsu dla gospodarki może być znacznie większa, jeśli na skutek niższej ceny kredytów liczba kredytobiorców zwiększy się. Skala tego zjawiska zależy już od samych banków, a konkretnie od ich otwarcia na zwiększoną sprzedaż, czyli chęć udzielania kredytów po niższej cenie, a więc przy niższych jednostkowych przychodach. Tak czy inaczej, osoby zainteresowane kredytem, a szczególnie ci klienci, którzy w ostatnim czasie wyszli z kwitkiem od banków, pośredników lub innych instytucji kredytowych, winni ponownie zainteresować się możliwością zaciągnięcia dodatkowych środków finansowych. Dla wielu z nich sytuacja się zmieniła i tym razem kredyty uzyskają.

Autorem komentarza jest Paweł Kosmala, Prezes Górnośląskiego Towarzystwa Finansowego.

Źródło: Corepr

Polityka pieniężna przestała być nudna

Choć przed zbliżającym się posiedzeniem Rady Polityki Pieniężnej jest niemal pewne, że dojdzie do obniżki stóp procentowych, nie oznacza to, że wiadomo jaka będzie jej skala. Co więcej, nie ma pewności w kwestii dalszych ruchów. Część ekspertów spodziewa się, że w tym cyklu stopy mogą spaść łącznie nawet o 1 punkt procentowy. Taki scenariusz wydaje się jednak zbyt radykalny.

 

Warto przypomnieć, że obecną, historycznie niską wartość 2,5 proc. stopa referencyjna osiągnęła w lipcu 2013 r., a więc na niezmienionym poziomie pozostaje od piętnastu miesięcy. To jeden z najdłuższych okresów nudy w polityce pieniężnej w naszej historii, co nie oznacza wcale, że równie nudno było w gospodarce czy na rynkach finansowych. Zresztą w porównaniu do amerykańskiej rezerwy federalnej, która stopy procentowe trzyma w pobliżu zera od sześciu lat, Rada Polityki Pieniężnej nie ma się czym szczycić i tego rekordu z pewnością nie pobije.

 

Należy też zwrócić uwagę, że zaledwie kilka miesięcy temu panowało niemal powszechne przekonanie, że nasze stopy procentowe pójdą w górę. Ta dość nagła i radykalna, jak na politykę pieniężną zmiana, wiązała się przede wszystkim ze spadkiem tempa wzrostu cen i utrzymywaniem wskaźnika inflacji na bardzo niskim poziomie przez dłuższy czas, a wreszcie pojawieniem się deflacji. Także z gospodarki zaczęły płynąć najpierw tylko niepokojące sygnały, świadczące o spowolnieniu tempa wzrostu, a w końcu oczywiste tego spowolnienia dowody. Nie bez znaczenia jest także sytuacja w otoczeniu, a więc przede wszystkim zagrożenie deflacją i osłabienie gospodarcze w strefie euro oraz wynikające z tego radykalne posunięcia Europejskiego Banku Centralnego, który wzorem amerykańskiej rezerwy federalnej obniżył stopy praktycznie do zera i rozpoczyna program skupu aktywów.

 

To wystarczające powody do zmiany kierunku polityki pieniężnej. Pytanie tylko, jak głębokie będą cięcia i w jakim tempie zostaną dokonane. Nie brakuje ekonomistów, zakładających, że łącznie podstawowa stopa referencyjne zostanie obniżona nawet o 1 punkt procentowy, czyli wyniesie docelowo 1,5 proc. O tym, że nastawienie Rady Polityki Pieniężnej nie musi zbytnio odbiegać od tych przewidywań, świadczy choćby wypowiedź jej przedstawiciela Andrzeja Bratkowskiego, który stwierdził, że łączny cykl obniżek powinien sięgnąć co najmniej 1 punkt procentowy, a w przypadku nasilenia tendencji stagnacyjnej w gospodarce, skala cięć mogłaby być nawet większa. Także tendencje na rynku pieniężnym wskazują, że inwestorzy zakładają podobną skalę obniżek stóp.

 

To, czy rzeczywiście stopy znajdą się na tak niskim poziomie, zależeć będzie oczywiście od wspomnianych czynników, czyli przede wszystkim inflacji i sytuacji w gospodarce. W przypadku inflacji, zagrożenie utrzymywaniem się jej na bardzo niskim poziomie, czy wręcz dłuższe występowanie deflacji, wydaje się nieco wyolbrzymione. Większość prognoz zakłada, że tempo wzrostu cen będzie się w najbliższych miesiącach zwiększało, a dotarcie do dolnej granicy celu inflacyjnego może nastąpić w ciągu trzech-czerech kwartałów. W przypadku realizacji takiego scenariusza, RPP nie będzie miała wielkiej presji na głębokie cięcia stóp. Nieco trudniej, głównie ze względu na czynniki w otoczeniu, prognozować rozwój sytuacji w gospodarce. Na razie skala spowolnienia nie stanowi wielkiego powodu do niepokoju. Do tak głębokiej redukcji kosztu pieniądza, jak zakładają ekonomiści, mógłby Radę skłonić prawdopodobnie spadek tempa wzrostu PKB znacznie poniżej 3 proc., a z pewnością trwałe zejście w okolice 2-2,5 proc.

 

Trudno przewidzieć, jakie scenariusze będą dominować wśród członków RPP i jakie tempo działań uznają oni za stosowne. Najbliższe posiedzenie będzie tym bardziej istotne nie tylko ze względu na niepewność w kwestii skali obniżki, ale i sygnałów, jakie mogą popłynąć z wypowiedzi po posiedzeniu. Z pewnością jednak okres nudy w polityce pieniężnej przynajmniej przez pewien czas nam nie grozi.

 

Roman Przasnyski

Źródło: Open Finance

W Polsce powróciła fala upadłości firm produkcyjnych i handlowych

Euler Hermes, spółka z Grupy Allianz, na podstawie oficjalnych danych z Monitora Sądowego i Gospodarczego, zbadała sytuację polskich firm w kontekście bankructw – we wrześniu oficjalnie opublikowano informację o upadłości 71 firm wobec 66 we wrześniu 2013 roku.

 

Większa jest nie tylko liczba upadłości, ale także ich efekt ekonomiczny. Opublikowane we wrześniu orzeczenia o upadłości dotyczyły firm mających zsumowany ostatni znany obrót na poziomie ok. 1,2 miliarda złotych, a zatrudniały one razem, według ostatnich dostępnych danych, ok. 2,5 tys. osób (obydwie te wartości są znacznie wyższe niż w poprzednim miesiącu).

Na przestrzeni dziewięciu miesięcy tego roku sądy opublikowały orzeczenia o upadłości 630 przedsiębiorstw działających w Polsce, podczas gdy w tym samym okresie ubiegłego roku było to 713 opublikowanych upadłości. Wrzesień był drugim w tym roku miesiącem (obok maja), gdy liczba upadłości była wyższa niż w analogicznym okresie roku ubiegłego.

 

  • Liczba upadłości opublikowanych we wrześniu jest wyższa niż przed rokiem z powodu liczniejszych upadłości firm produkcyjnych oraz handlowych.
  • Wśród największych upadłości dominują dystrybutorzy hurtowi (m.in. dwie firmy spośród trzech największych pod względem obrotów bankrutów).
  • Problemy sektora spożywczego – upadło łącznie 11 firm (4 producentów i 7 hurtowników).
  • Upadłości firm produkcyjnych dzielą się po połowie na producentów artykułów konsumpcyjnych (żywność i meble) oraz inwestycyjnych (artykuły budowlane, wyroby maszynowe oraz części motoryzacyjne).
  • Rozpoczęto 10 postępowań układowych, ale równocześnie zanotowano 7 przypadków nieudanych postępowań naprawczych, zamienionych na upadłość likwidacyjną.

 

Sytuacja w handlu nie poprawi się (szybko)

Jak ocenia sytuację Tomasz Starus, Członek Zarządu Euler Hermes, odpowiedzialny za ocenę ryzyka – Dystrybutorzy, zwłaszcza dóbr konsumenckich codziennego użytku mają kurczącą się grupę odbiorców – pozycję rynkową kosztem tradycyjnych sklepów zdobywają mające własne zaopatrzenie sieci handlowe, a o pozostałych walczyć muszą z wielokrotnie większymi megadystrybutorami hurtowymi, którzy dodatkowo swoje obroty, a więc i konkurencyjność cenową, podnoszą tworząc własne franczyzowe sieci sprzedaży detalicznej. Wpływa to oczywiście na kondycję finansową hurtowni: spadającym obrotom towarzyszy niska rentowność, często poniżej kosztu pieniądza: 3-5%, a nierzadko tylko na poziomie 1-2%. Co oznacza brak środków własnych, wysokie zadłużenie i problemy z płynnością. Od kilku lat trudniej pozyskać hurtowniom finansowanie: nie mają one zazwyczaj majątku trwałego i nieruchomości, które mogą być zabezpieczeniem udzielanych kredytów, w porównaniu np. do firm produkcyjnych, a ponadto wolno odradzający się popyt konsumencki nie sprzyja szybkiemu wzrostowi obrotów, a przede wszystkim rentowności.

Podsumowując: handel hurtowy (ale i detaliczny) jest sektorem o dużej liczbie upadłości także z przyczyn popytowych, ale przede wszystkim – finansowych: nawet rosnąca sprzedaż generuje częściej straty, niż zyski. Jest to efektem w pierwszym rzędzie zarządzania i przyjętego modelu działalności – zarabianie na benefitach i działalności dodatkowej, a nie czynników zewnętrznych, które nie są gwałtowne i można je uwzględnić, np. rosnąca konkurencja sprzedaży internetowej czy koncentracja rynku. Od powyższego ogólnego opisu są oczywiście wyjątki – sektor jak dystrybucja hurtowa nie jest jednorodny. Opisana sytuacja dotyczy p.w. hurtu artykułów konsumenckich i budowlanych, ale też nie wszystkich, np. w branży kosmetycznej marża hurtowa nierzadko osiąga 25%.

 

Sektor spożywczy: czy obserwujemy już efekt embarga?

We wrześniu opublikowano informacje o upadłości 4 producentów artykułów spożywczych (mięsa oraz artykułów piekarniczych) oraz 7 hurtowni spożywczych – czyli łącznie 11 firm związanych z rynkiem spożywczym. Jak mówi Maciej Harczuk, Prezes Zarządu Euler Hermes Collections: – Firm produkcyjnych, jak i hurtowych z branży spożywczej mających kłopoty jest więcej… Nie można wszystkiego tłumaczyć embargiem na Wschodzie. Przynosi ono wymierne straty i upadłości firmom wyspecjalizowanym w handlu na tym rynku, ale niestety na sektor oddziałują także inne czynniki. Duże zapasy mrożonych owoców, rekordowo niskie ceny mleka, a także jego nadprodukcja, czy spadające spożycie pieczywa, czyli czynniki rynkowe, mają nie mniejsze znaczenie niż polityczne ograniczenia zbytu na niektórych kierunkach. Zapewne kwestią czasu są więc kolejne upadłości firm z branży mięsnej ale też producentów nabiału – ponieważ niskie ceny oraz mający już miejsce eksport na perspektywiczne rynki, m.in. azjatyckie nie rokują na szybkie upłynnienie nadwyżek po korzystnych cenach.

 clip_image002

 

Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z Grupy Allianz

 

Zaskakujący wzrost liczby upadłości firm produkcyjnych

Największa liczba upadłości we wrześniu miała miejsce w sektorze produkcyjnym – sytuacja nie notowana od półtora roku.Jak mówiMichał Modrzejewski, dyrektor Analiz Branżowych w Euler Hermes Upadłości te w połowie dotknęły zarówno producentów wyrobów na rynek konsumencki (oprócz wspomnianej żywności – także nie notowana od dłuższego czasu w statystyce upadłości grupa firm z branży meblowej – 4) a w połowie producentów artykułów na rynek inwestycyjny (art. budowlanych, ale także maszyn i części do nich oraz … producentów komponentów motoryzacyjnych). Problemy firm produkcyjnych nie wydają się więc być skutkiem sytuacji w jakichś pojedynczych branżach (sektorze spożywczym czy budownictwie), ale raczej ogólnie kwestii popytowych na rynku wewnętrznym, jak i w eksporcie. Pomimo wzrostu eksportu o ponad 6% w tym roku, do czego w znacznej mierze przyczynili się wytwórcy części motoryzacyjnych, mebli czy AGD problemy mają ich dostawcy – wśród upadających firm znalazło się aż 5 firm produkujących wyroby z tworzyw sztucznych i gumy na potrzeby tych notujących niezłe wyniki branż! Sprzedaż jest więc wciąż daleka od możliwości produkcyjnych.

 

Budownictwo

Upadłości firm budowlanych są rzadsze niż rok temu, ale oprócz tego w ostatnim czasie zmienił się ich charakter. Częste jeszcze niedawno upadłości firm prowadzących prace wykończeniowe (elektryczne, hydrauliczne i inne) są obecnie rzadkością.

– Problemy, o czym świadczą upadłości, mają obecnie firmy realizujące głównie nową falę inwestycji, przebrzmiało już echo kryzysu branży z lat 2012-2013. Nie są to przy tym jedynie firmy budownictwa ogólnego czy mieszkaniowego, ale także… ponownie firmy wyspecjalizowane w budowie dróg i towarzyszącej infrastruktury wodociągowej i przesyłowej (5 takich przypadków). Wydaje się więc, że niestety zasady prowadzenia i rozliczania tych inwestycji – a przede wszystkim realia cenowe i krytycznie niska rentowność nie zmieniły się zbytnio od fali inwestycji na Euro 2012, co doprowadziło przecież do kryzysu a nie rozkwitu branży budowlanej – ocenia Tomasz Starus.

 

Największa liczba spośród opublikowanych we wrześniu upadłości dotyczyła firm z województwa mazowieckiego – ale i tak poprawa w tym województwie pod względem liczby bankructw w stosunku do analogicznego okresu w roku ubiegłym jest jedną z największych. Odwrotnie w województwie małopolskim i w sąsiednim podkarpackim – tutaj liczba upadłości jest nadal wyższa niż w roku ubiegłym. W województwie małopolskim za część tych upadłości odpowiada pogarszająca się sytuacja w branży transportu drogowego towarów (3 z 8 upadłości opublikowanych we wrześniu). Wspomniane zwiększenie liczby upadłości w województwie dolnośląskim wiąże się nie tylko z firmami produkcyjnymi (5 przypadków), ale także dystrybutorami hurtowymi (4 ich upadłości w tym województwie we wrześniu). Na przeciwnym biegunie – sytuacja w województwie mazowieckim, będącym jednym z liderów spadku liczby upadłości, także we wrześniu, nie może być bagatelizowana. O ile bowiem w roku ubiegłym duża część upadłości w tym województwie dotyczyła firm mniejszych, m.in. usługowych i handlowych (nadal obecnych w tej statystyce), to obecnie upadające firmy budowlane i produkcyjne na Mazowszu nie są może największymi podmiotami, ale jednak liczącymi się dotychczas na regionalnym rynku z obrotami rzędu po 40 milionów złotych.

 

Informacje o upadłościach firm, opublikowane w odniesieniu do ich miejsca rejestracji

województwo:

I-IX 2013

I-IX 2014

Dolnośląskie

107

83

kujawsko pomorskie

44

37

Lubelskie

15

18

Lubuskie

22

16

Łódzkie

34

18

Małopolskie

63

73

Mazowieckie

129

102

Opolskie

8

10

Podkarpackie

28

31

Podlaskie

14

9

Pomorskie

25

28

Śląskie

84

60

Świętokrzyskie

15

19

warmińsko mazurskie

21

20

Wielkopolskie

53

64

Zachodniopomorskie

51

42

RAZEM

713

630

Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z Grupy Allianz

 

Źródło: Euler Hermes

Kształcenie kluczem do sukcesu

Dla potencjalnego pracodawcy kluczowe są takie kompetencje pracownika, które potrafi on przełożyć na zadania określone na danym stanowisku pracy. W przypadku specjalistycznych stanowisk czy ról, a do takich na pewno zaliczamy cały sektor IT najlepiej, aby owe kompetencje były potwierdzone certyfikatami.

 

Doskonalenie swoich umiejętności jest zarówno ważne dla osób chcących zdobyć wymarzoną pracę, jak i dla aktywnych zawodowo. Sektory tzw. dynamicznego rozwoju są szczególnie wymagające. Tu każdy z pracowników powinien sięgać po wszelkie źródła nowej wiedzy: szkolenia, certyfikacje, branżowe czasopisma, internet, ale świadomie filtrowany. Jakie więc szkolenia odbyć, aby zwiększyć prawdopodobieństwo ciekawej i dobrej pracy?

 

IT przoduje w szkoleniach

Nadal prym wiedzie IT. Są to wszelkie specjalności bezpośrednio odnoszące się do prac informatycznych (programiści, webmasterzy, administratorzy, zarządzający bazami danych) jak i związane pośrednio z sektorem IT. Z tego obszaru najbardziej popularne, zamawiane przez globalnych pracodawców szkolenia to: wirtualizacja (VM Ware, Microsoft), bazy danych (MS SQL, Oracle), zarządzanie warstwą sieciową.

 

W obszarze biznesowym, czyli popularnie zwanych szkoleń miękkich, warto inwestować zwłaszcza w rozwój tych pracowników, który stoją „na pierwszej linii” i mają największą styczność z klientem. Działy handlowe, działy obsługi klienta, telemarketing, działy wdrożeniowe, działy reklamacji. Komunikacja i sztuka perswazji to kompetencje bezpośrednio wpływające na rozwój organizacji. Te kompetencje warto rozwijać, nadążając za współczesnymi trendami. Dziś w kwestii rozwoju kompetencji miękkich coraz większe znaczenie (oprócz szkoleń sensu stricte) odgrywają aktywności coachingowe i mentoringowe – mówi Agnieszka Kołodziejczyk, właścicielka CI ProLearning.

 

Szkolenia dobrane na miarę

Silnie rozwijającym się obszarem biznesowym jest zarządzanie projektami oraz procesami. Najbardziej dynamicznie rozwijającymi się są tzw. metodyki zwinne (Agile), wywodzące się ze środowisk IT, ale też potrafiące bardzo dobrze zaadoptować się do innych sektorów gospodarki. Coraz więcej firm poszukuje możliwości stworzenia własnego procesu rozwoju firmy i strategicznych produktów.

 

Niezależnie od rodzaju działań rozwojowych, ważne jest spersonalizowanie szkoleń, warsztatów, sesji coachingowych do specyfiki organizacji. Szkolenia z katalogu odchodzą do lamusa ustępując miejsca projektom indywidualnym i celowanym, popartym audytem potrzeb, dostosowanym do Klienta „na miarę”, dlatego ważny jest odpowiedni wybór rzetelnego zewnętrznego dostawcy takich usług – mówi Marcin Skarżyński, ekspert z BrokerHR.

 

Źródło: Corepr

Kłopotem polskich firm transportowych jest nie tylko rosyjskie embargo

Na ciężką sytuację polskich firm transportowych wpływa nie tylko rosyjskie embargo na artykuły rolno-spożywcze, ale także kryzys gospodarczy w Europie i nasycenie rynku. Takie zadanie wyraził w Sejmie wiceminister infrastruktury i rozwoju Zbigniew Rynasiewicz.

Na wniosek klubu SLD wiceminister wydał informację dotyczącą dramatyczniej sytuacji przedsiębiorstw transportowych w wyniku rosyjskiego embarga. Rynasiewicz poinformował, że kryzys w branży transportowej panuje już od 2008 roku, przy czym tylko w 2010 r. odnotowano lekką poprawę.

Stwierdził też, że już sześć lat temu rząd podejmował działania mające na celu zabezpieczenie interesów polskiej branży transportowej. Mimo, że nasz kraj jest liderem w Europie, inne państwa cieszą się z tego faktu trochę mniej.

Rynasiewicz stwierdził również, iż rosyjski rynek usług transportowych pod względem ekonomicznym jest atrakcyjny dla polskich przedsiębiorstw transportowych. Dostają one najwięcej zleceń w Europie Zachodniej, przede wszystkim z powodu niedalekiego położenia geograficznego z Rosją oraz dużego potencjału rozwojowego.

Ponadto, jak dodał wiceminister, towary transportowane przez Federację Rosyjską, są przewożone w większości przypadków transportem drogowym. Polskie podmioty z tej branży mają bardzo dobre rozeznanie tamtejszego rynku oraz reguł rządzących nimi i zasad stosowanych przez służby rosyjskie.

Rynasiewicz zapewnił, że na pomoc rządu będą mogli liczyć przewoźnicy, którzy w rzeczywistości ponieśli straty w konsekwencji nałożenia przez Rosję embarga. Ocenił, że działania rządu w tym zakresie są właściwe, a w celu rozwiązania problemu został powołany zespół pod kierownictwem ministra rolnictwa Marka Sawickiego. Zespół ma za zadanie przedstawić Radzie Ministrów plan działań przygotowany dla przewoźników.

Według wiceministra Rynasiewicza rozwiązania skierowane do firm transportowych, w dużym stopniu uwzględniają ich oczekiwania. Na najbliższym spotkaniu zespołu będą przedstawiane szczegółowe propozycje, które następnie zostaną przekazane przewoźnikom.

Joanna Walerowicz

mojszmal.pl

WIG osiągnął poziom wysokiej hossy

Na Giełdzie Papierów Wartościowych indeks WIG zakończył drugi tydzień tego miesiąca bardzo wysoką hossą na poziomie 55,6 tys. pkt. To oznacza, że już niewiele brakuje mu do rekordowego poziomu sprzed siedmiu lat, kiedy to skończył z wynikiem 67,6 tys. punktów.

Obecny wynik może wydawać się nieco nielogiczny w obliczu napływających w ostatnim czasie danych makroekonomicznych dotyczących spadku tempa krajowej gospodarki. Przekłada się to również na trudności podmiotów giełdowych w polepszaniu swoich wyników finansowych, co z kolei jest niesprzyjające dla wzrostów kursów. Wskaźnik produkcji przemysłowej, który jest mocno związany z indeksem WIG, w zeszłym miesiącu osiągnął poziom o 1,9 proc. niższy niż przed rokiem. Jednak, mimo tego, rynek akcji odnotował wzrost.

Rynek giełdowy przewiduje sytuację gospodarczą z kilkukwartalnym wyprzedzeniem. Ostatnie dane makroekonomiczne wskazują na to, że nastąpi kolejna obniżka stóp procentowych, a to będzie skutkowało niższymi kosztami finansowymi firm. Będzie ona też miała wpływ na modele wyceniania spółek, co oznacza, że przy identycznym poziomie zysków, inwestorzy będą skłonni za akcje zapłacić więcej. Przy teraźniejszych niskich stopach na zyskowności tracą obligacje i depozyty, co powoduje, że inwestorzy poszukują wyższych stóp zwrotu na innych rynkach, w tym rynku akcji. Wszystko to pozwala domyślać się, iż można spodziewać się kontynuacji napływu pieniędzy do funduszy inwestujących w akcje.

W dalszej perspektywie czasu można przewidywać, że spadek stóp procentowych przełoży się na większą aktywność gospodarczą i wyższe tempo wzrostu gospodarczego.

Mówiąc krótko, rynek akcji wykorzystuje aktualnie scenariusz przewidujący, że spowolnienie ma tylko tymczasowy charakter.

Joanna Walerowicz

mojszmal.pl

Plusy i minusy rządów Donalda Tuska

Po siedmiu latach panowania rozstajemy się z premierem Donaldem Tuskiem. To rekord na politycznej scenie III Rzeczpospolitej. Od 1989 roku żadnemu z szefów rządu nie udało się zaliczyć reelekcji, a większości z nich nie udało się nawet dotrwać do końca kadencji. Dlaczego udało się Donaldowi Tuskowi? Czy był tak dobrym premierem?

Odpowiedź nie jest jednoznaczna, gdyż zdecydował o tym splot różnych czynników. Przede wszystkim Donald Tusk na polskiej scenie politycznej nie miał zbyt dużej konkurencji. Jedyną obok Platformy Obywatelskiej partią z realną możliwością wygrania wyborów była i jest partia kontrowersyjnego i nierzadko radykalnego Jarosława Kaczyńskiego. Tusk jawił się jako przeciwieństwo Kaczyńskiego i robił wiele, aby obraz ten mocno utrwalać. Im było więcej agresji ze strony obozu Kaczyńskiego, im więcej niedorzeczności, tym większy spokój i komfort istnienia po stronie PO. Obaj panowie zdominowali scenę polityczną na wiele lat i wzajemnie swoimi działaniami bardzo mocno wspierali swój byt. Sytuacja ta determinowała wszelkie działania rządu w sferze gospodarczej i społecznej. Brak rzetelnej i realnej konkurencji pozwalał rządowi Donalda Tuska na ograniczoną aktywność, składanie obietnic bez pokrycia i bezkarne niedotrzymywanie słowa. Tusk miał też wiele szczęścia, gdyż trafił na okres współpracy Polski z UE, w którym zrealizowano wcześniejsze starania polskich rządów o unijne fundusze (to przecież starania jeszcze rządu Marka Belki, a wszyscy pamiętamy entuzjazm Kazimierza Marcinkiewicza, który wieńczył ten proces swoim podpisem). Gwoli sprawiedliwości należy odnotować, że podobną pracę jak wyżej wymienieni wykonał Donald Tusk walcząc o fundusze na lata 2014-2020.

Paradoksalnie, rządom Donalda Tuska sprzyjał też światowy kryzys finansowy. Makroekonomiczne uwarunkowania, a szczególnie funkcjonowanie polskiej gospodarki poza strefą euro i relatywnie niski stopień powiązania polskich banków z gospodarką światową, pozwolił przejść przez kryzys w miarę „suchą stopą”, co na tle przykrych doświadczeń innych europejskich gospodarek odebrane było jako sukces polskiej gospodarki, a więc i osób nią zarządzających. Jednak niesprawiedliwością byłoby mówić, że wszystko co udało się Tuskowi należy przypisać szczęśliwemu splotowi okoliczności. Przejdźmy zatem do szczegółów – podsumujmy osiągnięcia i porażki.

Wyniki w gospodarce okazały się znaczącym sukcesem Donalda Tuska. Przez kryzys przebrnęliśmy bez większych kosztów, a pomógł nam w tym złoty, którego relacja do euro i dolara napędzała eksport będący „koniem pociągowym” wzrostu gospodarczego. Przez siedem lat polski PKB wzrósł realnie o 36 % – z 16,3 tys. dolarów do ponad 22 tys. dolarów (liczony na jednego mieszkańca według parytetu siły nabywczej). W tym okresie gospodarka polska rosła w tempie 3,1 % średnio rocznie, co jest jednym z najlepszych wyników w krajach unijnych. Jednak minusem, jaki należy tutaj odnotować, było zadłużanie się państwa – podtrzymanie wzrostu gospodarczego osiągnięto nienotowanym dotychczas wzrostem deficytu finansów publicznych.

Do sukcesów należy zaliczyć także poziom inwestycji w infrastrukturę. Kiedy Tusk obejmował władzę, w Polsce było łącznie niewiele ponad tysiąc kilometrów tzw. tras szybkiego ruchu. Teraz mamy ich 2869 km (autostrady i drogi ekspresowe). Sukces ten okupiony został kilkoma czynami, które chwały nam nie przynoszą. Polityka najniższych cen stosowana podczas przetargów doprowadziła do upadłości wielu firm budowlanych, a niekontrolowane wykorzystywanie środków widoczne jest w powstawaniu na skalę niespotykaną w innych krajach unijnych tzw. ekranów dźwiękochłonnych, które instalowane były i są nierzadko szybciej niż budowane drogi i umieszczane w miejscach nieuzasadnionych.

Do plusów należy zaliczyć podniesienie wieku emerytalnego do 67. roku życia. Reforma ta nie była łatwa, gdyż spotkała się z negacją ze strony opozycji i niektórych grup społecznych. Jednak przy okazji tej zmiany nie odważono się znieść przywilejów emerytalnych nadanych wielu grupom zawodowym, a to co w tej kwestii zrobiono traktować należy jako zabieg jedynie kosmetyczny. Nie podjęto też kroków z zakresu likwidacji lub zreformowania Kasy Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego (KRUS). Zapowiadane przez Donalda Tuska zmiany, a także deklaracje wprowadzenia podatku dochodowego dla rolników, zostały skutecznie zastopowane przez koalicjantów z PSL. Zresztą, konia z rzędem temu, kto uwierzy że zrobi to jakikolwiek rząd, który będzie miał za koalicjanta partię Waldemara Pawlaka i Janusza Piechocińskiego. Niestety, bez względu na opcję rządzącą, koalicjant jest zawsze ten sam…

Polski rząd podjął też istotne decyzje w zakresie bodajże największych od wielu lat zmian w wymiarze sprawiedliwości, w tym oddzielenia funkcji prokuratora generalnego od ministra sprawiedliwości. Zmiana kluczowa, choć obecnie podważana, nawet w ramach samego rządu. Krokiem rewolucyjnym było zinformatyzowanie polskich sądów, a przynajmniej części tego sektora. Za rządów Donalda Tuska utrzymała się pozytywna tendencja w zakresie wykrywalności przestępstw, a także w spadku przestępczości.

Ekipa Donalda Tuska dokonała także zmian w szkolnictwie – obniżenie wieku dla pierwszoklasistów, wprowadzenie matematyki jako przedmiotu obowiązkowego na maturze, wprowadzenie darmowego podręcznika dla dzieci klas pierwszych. Dzisiaj jednak trudno jest ocenić efekty tych zmian, jest jeszcze za wcześnie, choć powrót do obowiązkowej matematyki oceniany jest bardzo pozytywnie. Oczywiście, nie przez uczniów, z których większość przyjęła tę zmianę z wyraźnym niezadowoleniem.

Sam Donald Tusk, jak i członkowie jego rządu, a nawet ugrupowania, odnosili i odnoszą sukcesy na niwie międzynarodowej, a szczególnie w ramach UE. Pozycje w strukturach unijnych takich przedstawicieli jak Janusz Lewandowski czy Jerzy Buzek świadczą o znaczeniu polskiej reprezentacji, a ostatnie decyzje dotyczące samego Tuska czy Elżbiety Bieńkowskiej nie wymagają komentarza. To bardzo istotne dla Polski, ważne rozdanie na najbliższych kilka lat. To także potwierdzenie, że kraj nasz i jego ostatnie osiągnięcia są dobrze postrzegane przez inne kraje unijne. Oczywiście nie tylko gospodarczy i polityczny sukces Polski, która powszechnie postrzegana jest jako wzór udanej transformacji, miał wpływ na wybór polskiego premiera na stanowisko przewodniczącego Rady Europejskiej. Nie bez znaczenia była też osobista aktywność premiera w unijnych gremiach, sympatia jaką sobie tam zaskarbił, a także, jak mówi były prezydent Aleksander Kwaśniewski – korzystne dla Donalda Tuska unijne parytety, wynikające ze zwycięstwa Partii Ludowej w ostatnich wyborach do Europarlamentu.

I na tym z grubsza należałoby zamknąć listę pozytywów, jakie można przypisać rządom Donalda Tuska. Trudno bowiem do sukcesów zaliczyć reformę w polskiej armii. Zawieszenie poboru i uzawodowienie armii zbiegło się niestety z bolesnym ograniczeniem wydatków na ten sektor. Na wydatkach na zbrojenie najbardziej oszczędzano. Dzisiaj, w świetle zagrożeń jakie pojawiły się w Europie, polskie wojsko prezentuje się wyjątkowo marnie.

Trudno też mówić o sukcesach w sektorze zdrowia. Donald Tusk obiecywał bardzo wiele, zresztą nie mniej niż jego poprzednicy i nie mniej jak dzisiejsza opozycja, która obietnice w tym sektorze postrzega jako najbardziej chwytliwe narzędzie wpływające na decyzje podejmowane przez wyborców. Owszem, rząd Tuska wprowadził różne zmiany, w tym ustawę o cenach leków refundowanych, ale obraz całej służby jest opłakany – kolejki do lekarzy i do specjalistycznych badań, wyższa niż w innych krajach umieralność na niektóre choroby (np. onkologia), zadłużenie szpitali (za rządów Tuska zadłużenie wzrosło o kolejny miliard złotych i na koniec 2013 roku wyniosło 10,7 mld.).

Rządom Donalda Tuska nie udało się także poprawić sytuacji na rynku pracy. Zarejestrowane bezrobocie wynosi obecnie 13,6-14% (to ponad dwa miliony obywateli bez pracy) i jest ono wyższe o 4 punkty procentowe od tego sprzed siedmiu lat. Suche liczby nie pokazują jednak wszystkiego, obraz poziomu bezrobocia jest znacznie gorszy, jeśli analiza tego obszaru jest głębsza. Z publikacji dr Marka Gruchelskiego z SGH wynika, że kolejny milion osób to bezrobocie ukryte, obejmujące osoby tylko pozornie zatrudnione. Kolejne pół miliona to osoby zniechęcone – bezrobotni, którzy po długich i bezskutecznych poszukiwaniach pracy przestali rejestrować się w biurach pośrednictwa pracy. Ponadto, na dwa do trzech milionów osób szacowana jest emigracja młodych Polaków poszukujących zatrudnienia w innych krajach.

Czego jeszcze nie zrealizował Tusk ze swoich obietnic?

Do kluczowych niezrealizowanych spraw zaliczyć należy zaniechanie wprowadzenia korzystnych dla obywateli zmian podatkowych. Jeszcze pod koniec ubiegłego roku minister finansów Mateusz Szczurek zapowiadał ich rychłe wprowadzenie. Dzisiaj MF już milczy, temat odłożono na lepsze czasy. W czasie kryzysu rząd podjął też decyzję o przejściowym podniesieniu podatku VAT z 22 do 23%. Podwyżka miała obowiązywać najwyżej do początku bieżącego roku. Dzisiaj już wiemy, że powrotu do poprzedniej stawki nie będzie przez najbliższe trzy lata. Podobnie wygląda sprawa odmrożenia kwoty wolnej od podatku dochodowego PIT. W tym przypadku przedsiębiorcy także mają jasność – nic nie zmieni się co najmniej do końca 2017 roku.

Porażką gabinetu premiera należy nazwać też zaniechanie, pomimo wielokrotnych obietnic, dokonania zmian w prawie budowlanym. Dzięki takiej postawie rządu, kraj nasz plasuje się w samym ogonie, nie tylko krajów europejskich. Formalności budowlanych przybyło, a czas niezbędny do uzyskania pozwolenia budowlanego znacznie się wydłużył.

Rząd poddał się też w pracach Komisji Wspólnej Przedstawicieli Rządu Rzeczypospolitej Polskiej i Konferencji Episkopatu Polski, której zadaniem miało być zreformowanie dotychczasowych form finansowania Kościoła, a szczególnie wypracowanie projektu usamodzielnienia płatności składek duchownych za ubezpieczenie społeczne i zdrowotne. Z buńczucznych zapowiedzi jak na razie nic nie wyszło.

Oczywiście plusów i minusów jest więcej. Ograniczyłem się do tych najistotniejszych z mojego punktu widzenia. Na koniec zostawiłem kwestię OFE, a konkretnie sięgnięcie przez rząd Donalda Tuska po pieniądze z OFE, w celu podreperowania budżetu. Chociaż jestem już w takim wieku, że „skok na tę kasę” ani mnie ziębi, ani parzy, to jednak uważam, że była to zagrywka nie fair, szczególnie w stosunku do pokolenia, które zawierzając innemu rządowi, postanowiło inwestować w swoje emerytury. Ponadto, pociągnięcie to odbieram jako mało perspektywiczne – w krótkim okresie zwiększa środki w budżecie, w długim zaś, zwiększa zobowiązania emerytalne w ZUS. A przecież pieniędzy z OFE Donald Tusk nie musiał zabierać. Kiedy obejmował władzę wydawało się, że reforma finansów publicznych jest nieunikniona, gdyż tam tkwią największe rezerwy, których uruchomienie pozwoliłoby na niwelowanie dziury budżetowej. Niestety, rządowi brakowało odwagi i przez dwie kadencje zamiast prawdziwych zmian, przeprowadzono jedynie drobne korekty. To zdecydowanie największy grzech ekipy Tuska.

 

Autorem komentarza jest Paweł Kosmala, Prezes Zarządu Górnośląskiego Towarzystwa Finansowego.

Źródło: GTF

Wraca koniunktura na kredyty gotówkowe?

Gospodarstwa domowe optymistycznie oceniają perspektywy na rynku pracy, a jednocześnie ich przewidywania odnośnie przyszłej sytuacji gospodarczej poprawiają się już czwarty kwartał z rzędu.

Jeśli do tych wniosków z badania „Zaciąganie kredytów i pożyczek gotówkowych w instytucjach finansowych przez polskie gospodarstwa domowe” dołożymy jeszcze ten, który potwierdza, że skłonność do podjęcia finansowych zobowiązań przez gospodarstwa, które takowych nie posiadają, jest najwyższa od 6 lat, można przypuszczać, że chęć do finansowania potrzeb konsumenckich zewnętrznymi środkami przybiera na sile. Raport, stworzony przez Konferencję Przedsiębiorstw Finansowych wraz z Instytutem Rozwoju Gospodarczego SGH ujawnia jednak zarazem prawdopodobieństwo pogorszenia spłat zobowiązań na rynku consumer finance.

 

Rośnie ufność konsumencka

Oceny obydwu zjawisk, tzn. perspektyw zatrudnienia i przyszłej sytuacji gospodarczej, mogą być postrzegane jako tworzące tzw. ufność konsumencką, a co za tym idzie – sprzyjać klimatowi zakupowemu i zaspokajaniu potrzeb kredytem gotówkowym lub pożyczką. W przypadku prognoz dotyczących rynku pracy, respondenci wykazują się optymizmem największym od pięciu lat. W połączeniu z przewidywaną przez analityków poprawą w tym zakresie, a także w obszarze wzrostu wynagrodzeń, nie bezpodstawne wydaje się oczekiwanie zwiększenia dostępności kredytu, z drugiej zaś – poprawa jakości portfeli kredytodawców.

Kredyt gotówkowy jest takim narzędziem finansowym, który służy gospodarstwom domowym przede wszystkim do zarządzania płynnością finansową.

 

– Mowa o sytuacji, gdy w budżetach domowych pojawia się utrata lub konieczność podtrzymania płynności w krótkim okresie. Dzieje się to wtedy, kiedy bieżące potrzeby wydatkowe nie bilansują się z dochodami albo w przewidywaniach gospodarstwa domowego nie zostaną zrównoważone z oczekiwanymi wpływami. W porównaniu z deklarowanym popytem na inne niż „gotówkowe” produkty finansowe, chęć posługiwania się kredytem/pożyczką gotówkową znajduje się pod silnym wpływem sytuacji bieżącej– tłumaczy dr Mirosław A. Bieszki, doradca ekonomiczny KPF.

32j0POHTE5gGa_m7bb0ecb8

 

Obecnie co siódme gospodarstwo domowe wykazuje pozytywne nastawienie do zaciągnięcia pożyczki w najbliższym czasie – łącznie 13,2% ankietowanych zadeklarowało, że posiada zobowiązanie tego rodzaju i zamierza zwiększyć zadłużenie oraz, że nie posiada, ale planuje wziąć kredyt gotówkowy. W drugim przypadku takie deklaracje złożyło jedno na dziesięć gospodarstw (10,3%) i jest to najwyższy udział w ciągu ostatnich sześciu lat. Dla porównania w ostatnim kwartale 2013 roku był on aż 3-krotnie niższy.

 

– Wzrost zainteresowania konsumentów kredytami i pożyczkami jest zauważalny już od dłuższego czasu. Poprawa sytuacji gospodarczej w kraju pozwala konsumentom patrzeć optymistycznie na ich przyszłą sytuację finansową, a w konsekwencji – wzmaga chęć konsumowania. To musi sprzyjać rozwojowi kredytów konsumenckich w Polsce. Zjawisko to potwierdzają reakcje instytucji finansowych. Banki ponownie otwierają się na obsługę kredytów gotówkowych i ratalnych, a firmy pożyczkowe nieustannie zwiększają sprzedaż swoich produktów. Taki stan pozwala pozytywnie oceniać perspektywy rozwoju rynku consumer finance w Polsce – oczywiście, pod warunkiem, że sytuacja makroekonomiczna (np. konflikt na Ukrainie) nie wpłynie negatywnie na te tendencje –komentuje Andrzej Reterski z Domu Finansowego QS.

 

Z kolei tych, które mają zobowiązanie gotówkowe i jednocześnie planują zwiększyć jego zakres również przybyło o 1 punkt procentowy – obecnie jest ich 2,9%. Taka sytuacja może zwiastować poprawę koniunktury na rynku consumer finance w najbliższych kilkunastu miesiącach. Niezależnie od tego, że w szczytowym okresie – IV kwartale 2008 roku – aż 5,4% gospodarstw domowych deklarowało gotowość do zaciągania kolejnego zobowiązania finansowego, mimo posiadania już co najmniej jednego.

 

Dotychczasowe doświadczenia dowodzą, że deklaracje składane przez respondentów rzeczywiście przekładają się na poziom aktywności kredytowej w następnych okresach. Dlatego wyniki prezentowane w kolejnych raportach można traktować jako wskaźnik wyprzedzający koniunktury na polskim rynku– przyznaje Krzysztof Opaliński, przewodniczący rady nadzorczej Fines S.A.

 

Warto jednak zauważyć, że odwoływanie się do sytuacji sprzed sześciu-siedmiu lat nie uwzględnia zmian, jakie nastąpiły w nadzorze nad rynkiem finansowym w kontekście wprowadzenia przez regulatora polityk ostrożnościowych i tego, jak się one przełożyły na politykę kredytową poszczególnych instytucji.

 

Z punktu widzenia pośredników i dostawców kredytowych, nadzwyczaj korzystnie przedstawia się statystyka, mówiąca o skłonności do zmniejszania zadłużenia tych osób, które je posiadają. 17,4% respondentów tak określiło swoje nastawienie do zobowiązań gotówkowych wobec przeciętnej 25% dla całego siedmioletniego okresu, w którym badanie jest przez KPF i Instytut Rozwoju Gospodarczego Szkoły Głównej Handlowej prowadzone. Fakt, że co szóste gospodarstwo zamierza redukować swoje zadłużenie można interpretować dwojako: albo wobec własnej niepewnej przyszłości ekonomicznej starają się w ten sposób zabezpieczyć albo dążenie do tego wynika po prostu z harmonogramu spłat ustalonego z kredytodawcą.

 

Problemy z regulowaniem należności

W parze z prognozowanym wzrostem popytu na kredyty gotówkowe nie idzie jakość bieżącej obsługi zobowiązań. Ponad połowa ankietowanych gospodarstw domowych (53%) ma jakiekolwiek problemy z ich regulowaniem. Znamienne, że prognozując spłatę należności w najbliższych 12 miesiącach, nastąpił wzrost odsetka respondentów w dwóch kategoriach: tych, którzy przewidują w ogóle zaprzestanie spłacania zadłużenia i tych, którzy nie wiedzą, co w tym względzie przyniesie przyszłość.

 

Taki stan może sygnalizować kredytodawcom potrzebę dokonania przeglądu portfeli należności kredytowych, warunków udzielania kredytów gotówkowych, a niewykluczone, że także – zwłaszcza w odniesieniu do klientów dopiero aplikujących o pożyczkę – przyjęcia bardziej restrykcyjnych zasad szacowania ich zdolności kredytowej, a zatem i weryfikację modeli scoringowych. – Tworzenie klas ryzyka dla klientów ubiegających się o finansowanie jest efektywnym i popularnym instrumentem zarządzania ryzykiem kredytowym. Bez względu na przyjętą politykę kredytową, apetyt na ryzyko i w szczególności modele scoringowe, informacja na temat kredytobiorcy pochodząca z biura informacji gospodarczej jest aktualnie nieodzownym narzędziem wspierającym procesy decyzyjne u kredytodawców– komentuje Edyta Szymczak, prezes zarządu Rejestru Dłużników ERIF BIG S.A.

 

Raport z badań KPF-IRG SGH stanowi istotne źródło informacji na temat bieżącego stanu koniunktury na rynku consumer finance w Polsce. Jego unikalną cechą jest koncentracja na tych aspektach samooceny gospodarstw domowych, które są wyznacznikiem przyszłego stanu rynku.

 

Źródło: KPF

Stopy NBP bez zmian, ale WIBOR najniższy w historii

Rada Polityki Pieniężnej zdecydowała, że we wrześniu stopy procentowe pozostaną na dotychczasowym poziomie. Wiele wskazuje jednak na to, że w kolejnych miesiącach zostaną one obniżone. To właśnie w wyniku tego rodzaju przewidywań WIBOR 3M, od którego zależy oprocentowanie większości kredytów w złotych, spadł do najniższego w historii poziomu 2,56%. Z wyliczeń Expandera wynika, że od początku roku rata kredytu hipotecznego obniżyła się już o 24 zł, a w ciągu minionych 2 lat aż o 435 zł.  

Choć we wrześniu stopy procentowe pozostaną na dotychczasowym poziomie, to w kolejnych miesiącach prawdopodobnie zostaną już obniżone. Do takiego wniosku skłaniają pojawiające się w ostatnim czasie oznaki słabnięcia wzrostu gospodarczego oraz deflacja. To właśnie oczekiwania w zakresie obniżki stóp spowodowały, że 3-miesięczna stawka WIBOR spadła w ostatnim czasie do najniższego w historii poziomu 2,56%. Dla porównania na początku roku wynosiła ona 2,70% i do początku czerwca pozostawała na zbliżonym poziomie. Spadek, który obserwujemy oczywiście przełoży się na obniżenie oprocentowania i kosztów kredytów.

Kredyty

W porównaniu z początkiem roku obecna rata kredytu hipotecznego na kwotę 300 000 zł na 25 lat z marżą 1,8% zmniejszyła się już o 24 zł. Gdyby jednak stopy zostały obniżone o 0,25 p.p. i WIBOR spadł do poziomu 2,45%, to wysokość comiesięcznego zobowiązania wobec banku będzie niższa już o 42 zł. Podwójna obniżka stóp (WIBOR na poziomie 2,2%) spowodowałby natomiast spadek o 84 zł, do poziomu 1 584 zł. Dla porównania, dwa lata temu, gdy WIBOR był znacznie wyższy niż dziś (4,98%), rata takiego samego kredytu wynosiła 2 078 zł. Przy obecnym poziomie WIBORu różnica wynosi więc aż 435 zł, a w przyszłości może wzrosnąć nawet do 495 zł.    

Jak zmienia się rata w zależności od poziomu WIBORu
Okres WIBOR 3M Rata
Wrzesień 2012 r. 4,98% 2 078 zł
Początek 2014 r. 2,70% 1 667 zł
Czerwiec 2014 r. 2,72% 1 671 zł
Obecnie 2,56% 1 644 zł
Po obniżce o 0,25% 2,45% 1 625 zł
Po obniżce o 0,5% 2,20% 1 584 zł
Dla kredytu na kwotę 300 000 zł na 25 lat z marżą 1,8%
Źródło: Opracowanie Expander Advisors

  Spadek WIBORu wpływa również na raty kredytów gotówkowych, ale ze względu na niższe kwoty i krótsze terminy spłaty, korzyści, jakie z tego tytułu odnoszą klienci, są znacznie mniejsze. Dla przykładu weźmy kredyt na kwotę 10 000 zł na 3 lata. Miesięczne zobowiązanie przy oprocentowaniu na poziomie 12% wynosi 332 zł. Jego obniżka do poziomu 11,75% zmniejszy je do 331 zł, czyli zaledwie o 1 zł. Nawet zmiana o 0,5 p.p. czyli spadek oprocentowania do 11,5%, nie da odczuć większej różnicy (rata na poziomie niecałych 330 zł). Spłacający tego rodzaju zobowiązania nie mają więc tak dużych powodów do zadowolenia z obniżek stóp jak ci, którzy spłacają kredyty hipoteczne.

Lokaty

Nieco inaczej niż w przypadku kredytów wygląda sprawa oprocentowania lokat bankowych. Gdy przewidywane są obniżki stóp procentowych, instytucje finansowe zwykle zmniejszają ich oprocentowanie. Dobrym przykładem takich działań z ostatniego czasu jest Santander Consumer Bank, który najpierw obniżył oprocentowanie dwuletniej lokaty z 4,1% do 4%, a w ostatnich dniach nawet do 3,9%. Należy jednak zaznaczyć, że zmiany w tym przypadku dotyczą jedynie nowozakładanych lokat.

Oprocentowanie lokat zwykle nie jest sztywno powiązane ze stawką WIBOR, tak jak przy kredytach hipotecznych. Zależy natomiast od decyzji zarządów banków, a te biorą pod uwagę nie tylko poziom stóp procentowych, ale także inne czynniki. Duże znaczenie mają tu kwestie konkurencji między instytucjami finansowymi. Istotne jest to, jak bardzo konkretnemu bankowi zależy na przyciągnięciu uwagi klientów. Za tym, aby spadek oprocentowania depozytów nie był zbyt duży przemawia fakt, że wielu Polaków teraz nie jest zadowolonych z wysokości uzyskiwanych odsetek. Znaczne obniżki mogłyby zniechęcić do tego typu produktów. Warto bowiem przypomnieć, że podczas poprzedniej fali obniżek wielu przenosiło swoje oszczędności do innych produktów, w których mogą liczyć na wyższe zyski. Chodzi głównie o fundusze inwestycyjne, zwłaszcza te bezpieczniejsze, inwestujące np. w obligacje.

Inną, ciekawą alternatywą dla lokat bankowych są produkty strukturyzowane Dają one szansę na bardzo wysokie zyski, a jednocześnie zwykle gwarantują, że w najgorszym przypadku odzyskamy swoje pieniądze. W ich przypadku trzeba jednak rozważnie podejmować decyzje. Warto zwrócić uwagę nie tylko na poziom gwarancji zwrotu kapitału, który może być pełen (100%) lub tylko częściowy (np. 80%), ale także sprawdzać, od czego zależą wyniki takiej inwestycji. Jeśli jest to już kolejna edycja takiego produktu, warto też dowiedzieć się, jak radzą sobie poprzednie.  

Jarosław Sadowski

Główny Analityk firmy Expander

Żródło: Expander

Będzie podatek węglowodorowy od gazu łupkowego wydobywanego w Polsce

Prezydent Bronisław Komorowski podpisał ustawę o podatku węglowodorowym. Wprowadza on min. obowiązek płacenia od 2020 roku przez firmy wydobywające gaz łupkowy w Polsce specjalnego podatku.

Sejm przegłosował ustawę o specjalnym podatku węglowodorowym pod koniec zeszłego miesiąca. Regulacje ustawy wprowadzają system objęcia podatkiem wydobywanych kopalin m.in. gazu i ropy. Inwestor ma być całkowicie obciążony tzw. rentą surowcową, której maksymalna wysokość to ok. 40 proc. Jej częścią będzie specjalny podatek węglowodorowy, którego stawka ma oscylować od 0 do 25 proc. zależnie od relacji przychodów do wydatków, a także podatek od wydobycia określonych kopalin. Przykładowo, dla gazu konwencjonalnego stawka podatku wyniesie 3 proc., a dla niekonwencjonalnego – 1,5 proc., z kolei dla ropy konwencjonalnej będzie to 6 proc., a niekonwencjonalnej 3 proc.

Na mocy przepisów nowej ustawy opłata eksploatacyjna uiszczana na rzecz województw, powiatów i gmin i Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej ma wzrosnąć z 6 zł za 1000 metrów sześciennych dla gazu do 24 zł i 50 zł z 36 zł za tonę w przypadku ropy.

Przez kilka ostatnich lat resort środowiska wydał ponad 100 koncesji na poszukiwanie gazu konwencjonalnego na obszarze Polski. Te firmy to m.in. PGNiG, Chevron oraz Lotos i Orlen Upstream.  Jednak z poszukiwań w Polsce odwołało się kilka podmiotów, m.in. Marathon, Talisman i Exxon.

Zgodnie z informacjami przekazanymi przez Kancelarię Prezydenta, ustawa zacznie obowiązywać od początku 2016 r., z wyjątkiem regulacji Ordynacji podatkowej w sprawie możliwości składania deklaracji podatkowej za pośrednictwem Internetu, która wejdzie w życie 14 dni po jej opublikowaniu.

Joanna Walerowicz

mojszmal.pl

All-in-one, czyli jakie korzyści płyną z kompleksowości usług w branży retail

W przypadku branży retail, jak żadnej innej, najważniejsze są terminy. W centrach handlowych przychody dzienne najemców liczy się w tysiącach złotych, nawet najdrobniejsza zwłoka generuje bardzo wysokie straty. Inwestorzy, najemcy powierzchni handlowych oczekują realizacji zlecenia w sposób efektywny, terminowy i optymalny kosztowo. Jednak w przypadku rozproszonej odpowiedzialności, gdy za projekt odpowiada jedna firma, głównym wykonawcą jest druga, a jeszcze inna dostarcza wyposażenie, skoordynowanie prac i rzetelne dopięcie realizacji jest wyzwaniem. W odpowiedzi na potrzeby inwestorów powstają firmy pełniące rolę profesjonalnych „one-stop shopów” – specjalizujące się w dostarczaniu kompleksowych rozwiązań. Przykładem takiej firmy jest Forbis Group.

Branża retail jest specyficznym rynkiem i rządzi się własnymi prawami. Do tej pory niewiele firm specjalizowało się wyłącznie w wąskiej dziedzinie usług projektowych dla tej branży, a takich, które oferowałyby kompleksowe usługi, nawet dziś jest niewiele. Dynamiczny rozwój centrów handlowych, nowo powstające obiekty, również w mniejszych miastach, rozbudowy i modernizacje tych starszych, mają ogromny wpływ na profesjonalizację branży, a tym samym podwykonawców i dostawców usług dla sektora retail.

– Hossa na rynku powierzchni komercyjnych stworzyła niszę dla szeroko pojętej branży budowlanej. Powstało wiele pracowni architektonicznych specjalizujących się w projektowaniu dla branży retail. Jednak mimo zauważalnego rozwoju i rosnącego doświadczenia polskich marek, problemem wciąż pozostaje rozproszenie prac, a co za tym idzie, ryzyko braku należytej kontroli nad każdym etapem realizacji. O ile w przypadku realizacji projektów dla inwestorów prywatnych można pozwolić sobie na pewną elastyczność, o tyle przy projektach dla inwestorów komercyjnych obowiązują sztywne terminy i standardy, których niedopełnienie skutkuje wysokimi karami umownymi. Tu faktorem sukcesu jest profesjonalizm i doświadczenie – wyjaśnia Marcin Powierza, dyrektor zarządzający Forbis Group.

Grupa Forbis dostrzegła potencjał tego segmentu rynku i stworzyła kompleksową strukturę. W szeregach Grupy funkcjonują działy odpowiedzialne za projektowanie oraz produkcję najwyższej jakości mebli na wymiar, oferujące kompleksowe wykonawstwo powierzchni biurowych, wyszkolone kadry wykonujące wszystkie niezbędne instalacje wewnętrzne, oraz rdzeń firmy zespół specjalizujący się w rozwiązaniach projektowych dla branży retail.

– Dzięki skupieniu wszystkich etapów realizacji zlecenia w jednym miejscu panuje ład komunikacyjny między działami odpowiedzialnymi za poszczególne elementy projektu, mamy również kontrolę nad harmonogramem prac i wszelkie odstępstwa od założonego planu możemy rozwiązywać „ad hoc”, bez wpływu na finalny efekt zlecenia – mówi Marcin Powierza.

Co zyskuje inwestor decydując się na usługi firmy, która zapewni realizację zamówienia od A-Z? Niezaprzeczalnym argumentem jest kontrola nad każdym etapem, od stworzenia projektu przez produkcję elementów wyposażenia, po prace wykończeniowe i oddanie lokalu pod klucz – tu cała odpowiedzialność skupia się w jednych rękach. Ponadto, ważnym elementem jest oszczędność czasu – zamiast pozyskiwać podwykonawców odpowiedzialnych za poszczególne elementy zlecenia, decyduje się na wybór jednej firmy. To ona bierze odpowiedzialność za terminowe wykonanie prac, nadzoruje ekipy montażowe, pilnuje realizacji założeń projektowych. Dzięki doświadczeniu zdobywanemu z każdym kolejnym zleceniem, pracownia zna wymogi jakie trzeba spełnić w poszczególnych galeriach handlowych, ponadto współpracuje ze sprawdzonymi firmami wykonawczymi na partnerskich zasadach.

Z uwagi na specyfikę branży zdecydowaliśmy się stworzyć własną fabrykę mebli Forbis Piemar. Dysponowanie własną linią produkcyjną mebli na wymiar daje nam nieograniczone możliwości – po pierwsze mamy możliwość wykonania mebli zgodnych z oczekiwaniami inwestora, po drugie nie jesteśmy uzależnieni od terminarza podwykonawcy, sami decydujemy co i kiedy trafi do produkcji – tłumaczy Marcin Powierza.

Nie bez znaczenia jest również koszt takich usług. Dzięki skupieniu wszystkich działań w strukturach jednej firmy inwestor zyskuje możliwość ograniczenia budżetu o marże, które byłby zmuszony zapłacić kolejnym podwykonawcom.

Forbis Group zrealizowała już szereg projektów w myśl idei kompleksowości usług – jedną z ostatnich realizacji jest całkowicie odświeżony salon znanej obuwniczej marki Wojas w Centrum Handlowym Arkadia w Warszawie. Forbis Group była odpowiedzialna za zaprojektowanie i aranżację wnętrza oraz wykonanie instalacji i prac budowlanych. W tym roku kompleksowa współpraca Forbis Group z inwestorami zaowocowała również takimi realizacjami, jak butiki marek Essenza Man oraz Infigo, czy food court w warszawskiej galerii Plac Unii City Shopping.

 Źródło: Forbis Group

Polski rynek małych samolotów bezpilotowych rozwija się w szybkim tempie

Coraz więcej podmiotów gospodarczych wykorzystuje komercyjnie małe bezzałogowe samoloty nazywane dronami. Na ich nabycie decydują się m.in. filmowcy, agencje reklamowe, fotografowie ślubni czy dostawcy Internetu. Coraz więcej jest też firm, które je projektują i produkują.

Nagrywanie różnych zdarzeń z lotu ptaka za pomocą kamery zamontowanej na małym dronie nie jest obecnie ani czymś wyjątkowym, ani specjalnie drogim. Chociaż przed laty te małe latające urządzenia kojarzyły się głównie z wojskiem, to w ostatnim czasie przeżywają duży boom także w cywilu.

Rafał Smoliński, szef firmy Yoberi opowiedział o opracowanych przez firmę bezpilotowcach, które niedawno krążyły nad nadmorskimi miastami i nadawały sygnał bezprzewodowego dostępu do Internetu. Aktualnie firma posiada trzy maszyny, ale na jesieni ich ilość ma wzrosnąć o osiem, dodał też że ruszyły już prace nad nowym rozwiązaniem technologicznym.

Smoliński poinformował, że kolejnym miejscem, gdzie Internet będzie dostarczany dzięki dronom krążącym nad terenem będą okolice Stadionu Narodowego w Warszawie w trakcie odbywających się tam mistrzostw świata w siatkówce na początku września.

Nie tylko firma Yoberi pracuje nad swoimi modelami dronów. Obecnie nad własnymi urządzeniami pracuje już kilkanaście firm i uczelni. Jedną z pierwszych była WB Electronics, która w 2006 r. zaczęła projektować, a później produkować własne bezzałogowe samoloty szpiegowskie. Dotychczas firma sprzedała ponad sto dronów. Dronami zainteresowały się też uczelnie techniczne w Polsce, w których grupy naukowców pracują nad własnymi projektami.

Biuro Bezpieczeństwa Narodowego ogłosiło, że na zakup bezpilotowców i innych bojowych maszyn planuje przeznaczyć ok. 750-800 mln zł. Polskie podmioty wytwarzające drony liczą na to, że te pieniądze trafia do nich.

Joanna Walerowicz

mojszmal.pl

Projekt polityki energetycznej na kolejne lata przewiduje większy udział gazu, atomu i odnawialnych źródeł energii

Ministerstwo Gospodarki zaczęło prace nad scenariuszem polityki energetycznej do 2050 r. Podstawowym jego założeniem jest wykorzystanie wszystkich źródeł energii przy malejącej dominacji węgla ze szczególnym uwzględnieniem źródeł odnawialnych, gazu i atomu. Aktualnie projekt znajduje się w fazie konsultacji, w której uczestniczą przedstawiciele resortu gospodarki.

Za główny cel polityki energetycznej do 2050 roku objęto warunki dla zrównoważonego i stałego rozwoju sektora energetycznego, który ma wpływ na rozwój gospodarki, zagwarantowanie bezpieczeństwa energetycznego państwa, a także zaspokojenie potrzeb gospodarstw domowych i firm.

W realizacji celu pomóc mają trzy cele operacyjne: zapewnienie bezpieczeństwa energetycznego państwa, wzrost konkurencyjności i skuteczności energetycznej gospodarki oraz ograniczenie wpływu energetyki na środowisko.

Projekt zakłada wdrożenie scenariusza określonego jako zrównoważony. Przewiduje on stopniowo malejącą dominację węgla jako głównego źródła energii przy rozważnym wzroście znaczenia gazu. W projekcie określono cele procentowe w poszczególnych sektorach i tak zwiększenie udziału odnawialnych źródeł energii do co najmniej 10 proc. w transporcie i 15 proc. w bilansie energii pierwotnej i 15 proc. wkład w energetykę jądrową. Projekt przewiduje też rozpoczęcie nowych inwestycji w kwestii mocy energetyki konwencjonalnej, pozwalającej na wykorzystanie własnych zasobów węgla. Szerokie wykorzystanie tego surowca ma się opierać na stosowaniu technologii „czystego węgla”, polegającej m.in. na wychwyceniu CO2.

Według tego scenariusza, węgiel w dalszym ciągu będzie stanowił podstawę bezpieczeństwa energetycznego, a także będzie podstawowym paliwem dla ciepłownictwa i elektroenergetyki – mimo, że jego udział będzie się zmniejszał. Spadek ten może oznaczać ograniczenie produkcji węgla a tym samym konieczność dalszej restrukturyzacji sektora wydobywczego. Dalej, dokument stwierdza, że udział każdego innego niż węgiel źródła energii w bilansie ma sięgać 15-20 proc., a tak struktura da gwarancję, że energii nie zabraknie.

W projekcie zostały określone jeszcze dwa scenariusze, które jak to podkreślono, mają charakter „wariantów analitycznych”.

Szczególny nacisk położony jest jednak na scenariusz główny, którego realizacja – jak twierdzą autorzy projektu – ma przyczynić się do zmniejszenia emisji zanieczyszczeń do atmosfery oraz wszczęcia procesu spełniania przez Polskę unijnych wymogów dotyczących redukcji emisji gazów cieplarnianych.

Joanna Walerowicz

mojszmal.pl

Polscy konsumenci nadal ograniczają zakupy Raport o należnościach w branżach konsumenckich i inwestycyjnych

Zmiany jakie zachodzą pod względem regulowania płatności lub ich braku – zatorów płatniczych to przede wszystkim: poprawa spływu należności dóbr codziennego użytku (żywność, ale też kosmetyki i środki czystości), stabilizacja a nawet lekka poprawa w kategorii dóbr inwestycyjnych oraz pewne pogorszenie w kategorii dóbr konsumenckich trwałego użytku. Euler Hermes, spółka z Grupy Allianz, na podstawie danych z prowadzonego przez siebie Programu Analiz Branżowych w swojej analizie stwierdza, iż w skali całej gospodarki poziom zatorów płatniczych jest na poziomie zbliżonym do sytuacji z analogicznego okresu roku ubiegłego.

Na potrzeby niniejszego opracowania wzięto pod uwagę stan należności w końcu czerwca z branż konsumenckich: artykułów spożywczych, farmacji, RTV, AGD, i z branż inwestycyjnych: stalowej i materiałów budowlanych oraz z zaopatrujących je wszystkie: opakowań i TSL (transport i logistyka). Łączna suma bieżących należności w badanych branżach wyniosła w tym czasie 11,2 mld złotych i pochodziły one od blisko 80 tysięcy monitorowanych odbiorców.

 

Wyniki te nie są zaskoczeniem, jeśli porówna się je chociażby z prezentowanym przez GUS ostatnich danych o zmianach wartości produkcji sprzedanej poszczególnych branż. Polacy nie ograniczają wydatków na artykuły pierwszej potrzeby – stad też pozytywne zmiany w przepływie należności odnotowano w branży dóbr codziennego użytku: żywności, kosmetyków i środków czystości. Na drugim biegunie znalazła się kategoria dóbr konsumenckich trwałego użytku, których sprzedaży nie są w stanie pobudzić nawet duże imprezy sportowe (co dotychczas działało). Oszczędności polskich konsumentów wyraźnie wpływają na kondycję ich sprzedawców oraz producentów. Dwukrotnie wzrosła wartość niespłaconych należności w segmencie RTV i AGD w porównaniu do ubiegłego roku. Stabilizuje się powoli sytuacja w kategorii dóbr inwestycyjnych – ale mimo, iż jest lepsza niż w ubiegłym roku, nadal zatory płatnicze są w nich zdecydowanie największe.

 clip_image002

Źródło: Program Analiz Branżowych Euler Hermes Collections z Grupy Allianz

 

Oprócz danych o zatorach płatniczych do takich wniosków skłaniają także informacje o średnim okresie, w jakim swoje należności otrzymują przedsiębiorcy w poszczególnych branżach. W sektorze artykułów spożywczych przeciętny czas regulowanie płatności uległ nawet skróceniu w porównaniu do roku ubiegłego. Pewnym odstępstwem od tego w kategorii dóbr pierwszej potrzeby jest sytuacja w farmacji (prezentujemy kształtowanie się przepływów finansowych w relacji producenci – dystrybutorzy hurtowi) – tutaj o płatnościach, ich spowolnieniu decydują zmiany na rynku sprzedaży detalicznej, jej koncentracja (wypieranie z rynku aptek niezależnych przez apteki sieciowe, afiliowane m.in. przy hurtowniach farmaceutycznych) i specjalizacja aptek (leki refundowane vs. suplementy i specjalistyczne kosmetyki). Z tego powodu jeszcze bardziej w stosunku do ubiegłego roku spowolnił obieg należności na linii hurtownie-apteki. Wydłużenie średniego okresu spływu należności w miało miejsce także w branżach RTV, AGD, TSL oraz opakowań. Z kolei w branży materiałów budowlanych okres ten, chociaż nadal jeden z najdłuższych, uległ kilkudniowemu skróceniu.

 

Popyt na artykuły codziennej potrzeby jest stały, a służą mu jeszcze niskie ceny, będące efektem zarówno spadającej inflacji, jak i walki cenowej towarzyszącej konkurencji różnych kanałów dystrybucji (supermarkety, dyskonty, mniejsze formaty osiedlowe, afiliowane sieci największych hurtowników), jak również skutkiem np. spadku cen mięsa i jego przetworów czy nabiału w wyniku ich nadprodukcji i ograniczeń w eksporcie” – ocenia Tomasz Starus, członek zarządu Euler Hermes, odpowiedzialny za ocenę ryzyka.

 

Zwraca on również uwagę na fakt, iż w branży dóbr inwestycyjnych wartość produkcji sprzedanej w ostatnich dwóch miesiącach rośnie i jest lepsza nie tylko w porównaniu do miesięcy poprzednich, ale także w porównaniu do poziomu sprzed roku (+4% w czerwcu – dane za GUS). To efekt zarówno odradzających się inwestycji infrastrukturalnych, ale też mieszkaniowych oraz inwestycji przedsiębiorstw. Ponadto rynek wykonawców inwestycji – przede wszystkim firm budowlanych oczyścił się, stąd aktualnie wykonawcy nie są obciążeni w takim stopniu długami z przeszłości, jak miało to miejsce kilka kwartałów temu. W związku z tym regulują należności za materiały w przeciętnie krótszym niż jeszcze rok temu terminie. Pojawiły się też niestety gorsze informacje: w budownictwie widać kolejne problemy części deweloperów, co wraz z wcześniejszymi ich upadłościami (aż 23 przypadki w ciągu I półrocza) pociąga za sobą problemy firm budownictwa mieszkaniowego. Ponownie więc w lipcowej statystyce opublikowanych upadłości znalazły się firmy wykończeniowe (prace hydrauliczne, kanalizacyjne, elektryczne etc.).

 

Dobra sprzedaż artykułów inwestycyjnych oznacza oczywiście zwiększenie obrotów ich producentów i dystrybutorów, ale z drugiej strony także potencjalne ryzyko w przyszłości – uzależnienie od tego, w jakim kierunku zmieniać się będzie koniunktura budowlana, a więc nawet od pogody w miesiącach zimowychmówi Tomasz Starus. Sprzedaż ta odbywa się bowiem na zasadzie kredytu kupieckiego o długim, 2-3 miesięcznym terminie płatności – zwiększenie sprzedaży oznacza więc także zwiększenie ekspozycji na potencjalne ryzyko. Po ostatnim załamaniu na rynku budowlanym w latach 2011-2013 producenci i dostawcy zaopatrzenia mają świadomość tego i są ostrożni w ocenie perspektyw.

 

Odwrotnie niż w sektorze dóbr inwestycyjnych jest w kategorii dóbr konsumenckich trwałego użytku – spada ich produkcja sprzedana, jak podaje GUS w czerwcu była on niższa o 8% w stosunku do czerwca ub. roku. „Mniejsza sprzedaż – a także inne przyczyny jak m.in. przesuwanie się sprzedaży do kanału internetowego, wpływają na problemy dystrybutorów hurtowych i detalicznych dóbr konsumenckich, na falę ich głośnych upadłości – tłumaczy Tomasz Starus Stąd mniejsza skłonność (a raczej zdolność) do terminowego regulowania przez nich płatności wobec producentów w porównaniu chociażby do roku ubiegłego.”

 

W badaniu wyróżniono także sektory transportu i spedycji oraz opakowań. To branże, które zaopatrują większość pozostałych – zarówno inwestycyjnych, jak i konsumenckich. Ich wyniki są pewnym wyznacznikiem sytuacji na rynku, chociaż niekoniecznie świadczą jedynie o zmianie popytu. Firmy transportowe nie notują obecnie zmniejszenia ilości przewozów. Pomimo pewnego spowolnienia tempa wzrostu w przemyśle krajów starej UE i w efekcie przystopowaniem tempa wzrostu popytu na usługi transportowe, jest on cały czas zadowalający. Jednak jak zauważa Tomasz Starus: „Duża konkurencja – nadpodaż usług transportowych oraz rozdrobnienie rynku powoduje, iż ceny usług transportowych i osiągane marże, a w ślad za tym sytuacja finansowa, są cały czas poniżej oczekiwań, a nawet spadły w bieżącym roku. Znajduje to również odzwierciedlenie w wynikach Programu Analiz Branżowych prowadzonego przez Euler Hermes. Bieżąca średnia płynność finansowa branży jest dobra, ale rynek konsumenta sprawił, że spływ należności trochę spowolnił. W czerwcu ubiegłego roku w terminie spłacane było około 88% wartości należności za transport, w czerwcu br. – 80%. Średni okres spłaty należności w transporcie uległ 6-dniowemu wydłużeniu.” Podobna sytuacja ma także miejsce w przypadku przewozów kabotażowych, świadczonych na zagranicznych rynkach. Klienci korzystający z tych usług transportowych są obecnie w lepszej kondycji niż jeszcze rok temu. Dużo łatwiej im więc znaleźć kolejnego przewoźnika, a zatem nie przywiązują się do jednego dostawcy usług, korzystając z aktualnie najkorzystniejszej oferty, nie troszcząc się o terminowe regulowanie należności. „Świadczy o tym „wysyp” niespłaconych należności za pojedyncze frachty o wartości średnio kilkuset euro – podczas, gdy jeszcze kilka-kilkanaście miesięcy temu niespłacone należności u przewoźników zdarzały się trochę rzadziej, ale z reguły na kilkukrotnie wyższe kwoty, idące w tysiące euro.” – wyjaśnia Tomasz Starus. Z danych wynika więc, że pewne spowolnienie spływu należności na rynku transportu drogowego jest raczej kwestią wyboru odbiorców, korzystania przez nich z takiej możliwości.

 

Ocena ryzyka – co warto wziąć pod uwagę

Dane dotyczące opóźnień płatniczych są istotne z punktu widzenia kondycji branż. Niemniej nie wyczerpują one wszystkich aspektów oceny ryzyka i perspektyw poszczególnych sektorów gospodarki. Euler Hermes zarówno przy indywidualnej ocenie kontrahentów, jak i całych sektorów uwzględnia:

–         kwestię popytu – zmian bieżących obrotów i spodziewanych przychodów,

–         rentowność – spodziewaną zyskowność, wahania w zaopatrzeniu, dostępność oraz ceny surowców,

–         ryzyko finansowe – płynności w przepływach finansowych, jak również stabilność źródeł finansowania,

–         otoczenie biznesowe – zmiany technologiczne i rynkowe (np. zmiana kanałów dystrybucji w sprzedaży elektroniki i wyposażenia mieszkań), kwestie ram prawnych oraz inne – m.in. subsydiów rządowych / unijnych.

 

Źródło: Euler Hermes